DSC08014a
Mam takie dni. Takie chwile kiedy myślę, że chciałabym jeszcze jedno. Bo zawsze chciałam mieć ich dużo. Ten gwar przy stole. Te stosy butów w szafie i mokre buziaki na pożegnanie w ilościach obfitych. Chciałam poznawać osobowości i charaktery, które na świat przyniosłam i móc je prowadzić do dorosłości. Obserwować te noski zmarszczone, piegi ‚jak po tatusiu’ i loki, bo w genach są z obydwu stron. I spotkania rodzinne mieć wielkie i gwarne ze stosem niedopasowanych szklanek i talerzy.
Kiedy myślę, że może po raz ostatni w życiu pieluszkę nakładam i że ostatni raz małe rączki obejmują mnie tak szczerze, to jest mi smutno. I chcę więcej…

A potem przyjeżdżają one- przyjaciółki. Cztery na trzy mają roczne maluszki. I jedna doba, gdzie tam, ze 4 godziny wystarczą, żeby czar prysł. Bo dzieci bezustannie płaczą, ślinią się, jęczą i marudzą. Nie chodzą same (!), o czym zapomina się szybko, więc wyjście z nimi to jakiś kosmos. Niesiesz dziecko, niesiesz torbę, poisz, karmisz.. A jak samochód otworzyć? W bagażu podręcznym (bo ciężko to torbą nazwać) tony i stosy dziwnych i przerażających rzeczy. A w domu po 15 minutach, demolka. I one mówią jeszcze, że nie spały od 12 m-cy, nie jadły ‚ciepłego i przeżutego’. Opowiadają jak to wyjść się nigdzie nie da, a jak się wyjdzie jakość, to powrót zawsze z nerwem i strużką potu.

I kiedy opuszczają mój dom, sama czuję się jak po … treningu, wykopkach i maratonie. W domu III wojna światowa, talerzy stos, łyżeczek, słoiczków. Pod stołem ulewki, w dywanie wdeptany chrupek. A ja staram się mocno tą chwilę zapamiętać. Żeby następnym razem jak hormon wygra z mózgiem, zwizualizować sobie tą chwilę.. i poczuć to przerażenie i ulgę, że moje już takie ‚odchowane’.

I że może jednak dwoje wystarczy…

DSC08008a
DSC08027a