Cudem była od pierwszych minut. Cudem była, bo była… zdrowa, rumiana i głośna.
Była cudem o czarnych jak smoła włosach i oczyskach wielkich jak dwa księżyce.

W domu rozgościła się wygodnie. W naszych sercach i łóżeczku po starszym braciszku.
Gości miała wielu. Każdy w zachwycie przyglądał się jej ciemnej karnacji i bujnym lokom.
Lubiła spać. Ile się da. Więc mama wybudzała ją na posiłki. Wtedy jadła chętnie i łapczywie. I zasypiała z mimowolnym uśmiechem na maleńkiej buźce.
Bystrość spojrzenia pojawiła się dopiero po czasie pewnym. A w raz z nim nasze nieprzespane noce. Nie, to nie były kolki, ani głód. To nawet nie była Ona, krzycząca czy zajmująca.

Ona spała.
Jej oddech także.

Rodzice pierwszy alarm monitora oddechu usłyszeli po raz pierwszy w kilka dni po powrocie do domu. Był wieczór. Ona pachnąca płynem do kąpieli i maminym mlekiem, wyciszona bliskością rodziców zasypiała najspokojniej, jak to tylko niemowlęta umieją.

Jedno piknięcie, dwie pary nóg pędzące po schodach, dwa serca łomoczące głośniej niż zegar w kuchni. Wpadli przerażeni do Jej pokoju. Miała otwarte oczy. Lekko się przestraszyła tą nagłą wizytą. Rodzice zdziwieni, ale szczęśliwi głaskali, tulili uspokajając nie Ją, a siebie.

Drugi alarm był dłuższy. Kilka piknięć, bieg i znowu scenka ta sama – malutka wybudzona, zdziwiona, a mama i ojciec, drżącymi rękami kładli ją do snu po raz drugi.

Działo się tak codziennie, więc stało się to rutyną. Codziennością.

Wizyta gości. Rodziców dokładniej. Herbata i ciasto na stole. Dźwięk łyżeczek, gwar rozmowy. I to zmęczenie w oczach rodziców które tylko inny rodzic dostrzec może.

Alarm.Pełny. Pobiegła mama. Sama. Nie dobrze, że sama. Bo kiedy wbiegła zamiast pary zdziwionych oczu zobaczyła ciałko. Obojętne na głos alarmu. Sekundy zamieniły się w godziny. Wygrała delikatność. Bo może jednak śpi. Tak głęboko. Nic. Więc szarpnięciem na ręce, do serca w panice, ze łzami. Jest. Obudziła się. Pięć sekund. Nie więcej.

Na dół wróciła zalana łzami. Nikt nie wiedział o co chodzi. Bo przecież alarm dawał znać czasami. Bo z  Nim, tym pierwszym, alarm też włączył się kilka razy. Ale nigdy tak. Nigdy na tyle, żebym potrzebny był człowiek, a nie sama maszyna. I myśli sto. A gdyby maszyny nie mieli. Gdyby zaoszczędzili kilkaset złotych, lub usłuchali opinii ‘znawczyń internetowych’, że po co, że tyle dzieci się bez tego wychowało i żyją.
Gdyby.

Alarm i rodzic ratował ją jeszcze kilkadziesiąt razy. Lekarze byli bezradni. ‚Bezdech’. mówili. ‚Powinno przejść. Mają Państwo monitor? Bo jak nie to do szpitala. No i badanie serca trzeba zrobić.’

Przeszło po trzech miesiącach. Po miesiącach strachu i bezsenności. Po miesiącach w których każde piknięcie monitora sprawiało, że rodzice rzucali co mieli w rękach i pędzili na górę.

Ratowali ją niezliczoną ilość razy. Nie reanimując, nie wzywając karetkę. Nie.
Nie robili praktycznie nic.
Budzili.
Tak niewiele.
Wiele.

DSC00431aDSC00426a