W życiu drugiego dziecka wiele wydarzeń następuje szybciej. Można wcześniej dorwać kawałek normalnego jedzenia np. z ręki rodzeństwa. Mimowolnie obejrzeć bajkę, bo starszak ogląda. Można liznąć czekolady, przeżuć mały klocek Lego, czy też oberwać piłką.

Najzabawniej jest obserwować swoje dziecię nr 2 i np. koleżanki czy siostry, pierwsze. Kiedy Ty sadzasz drugie w krześle i dajesz piętkę od chleba, ona przypina swoje w bujaczku i odmierza gluten. Po chwili wchodzi Twoje pierworodne, wyjmuje z buzi dropsa i wpycha pierwszemu prosto do buzi. Kiedy koleżanka/siostra rusza do reanimacji, Ty wyjmujesz dropsa z ust nr. dwa, oblizujesz i oddajesz starszakowi.

No dobra, trochę przekoloryzowałam, ale rozumiecie tło. To co wydaje się nie do pomyślenia w przypadku pierwszego dziecka z drugim staje się normą, nie tylko dzięki nowo nabytemu macierzyńskiemu luzowi, ale także przez dziecię pierworodne, które ma w nosie tabele żywieniowe, artykuły nt. oglądania TV po 3-cim r. ż., czy też oznaczenia wieku na zabawkach.

Kiedy drugie jest starsze, sytuacja wygląda mniej dramatycznie, ale z tymi dylematami na co dzień. Na przykład nr. dwa zalewa się łzami i błaga, żeby wyrwać mu zęba, bo nr. 1 dostał pięć dych od Wróżki Zębuszki. Lub upiera się iść do szkoły w wieku lat 3, bo starsze idzie i ono też czuje te moc i podołałoby, więc się pakuje.
Żeby nie było, że działa to tylko w tę stronę, starsze także upomina się o przywileje młodszego. Na przykład chce jeździć w wózku lub być noszone. Każdy lubi wozić tyłek i się przytulać więc czemu ono niby nie może. „Lepiej być małą siostrzyczką!” – wykrzykuje.

Jako rodzice manewrujemy pomiędzy tymi sytuacjami, żonglując rozwiązaniami. Ja swoje opieram na tonach miłości i możliwie największej ilości luzu. Jeśli Maks ma potrzebę, żebym go wzięła na ręce, to taszczę tego wielkiego chłopa choć kilka metrów. Napasiony przyjemnością wynikającą z bliskości ma lepszy humor, a mojemu kręgosłupowi i tak już nic nie pomoże. Lence zęba nie wyrwałam, ale Wróżka Z. (a raczej M.) zostawiła i coś dla niej (obydwoje młodzi wiedzą, że to ja jestem Wróżką i ta wersja im pasuje :)).

Więc kiedy zauważyliśmy z PT ogromną potrzebę małej Lenki, odnośnie posiadania biurka, nie rozmyślaliśmy zbyt długo. Niby mogła pracować przy swoim stoliku jeszcze jakiś czas, ale widać było po niej, że czuje się zagubiona w tej nowej rzeczywistości w której brata nie ma obok w przedszkolu… Gdzie Maks skupia atencję rodziców, zw. na swoją nową rolę (ucznia) i to z nim wieczorami odrabiamy lekcje. Lenka siadała przy stole w salonie i „robiła swoje prace”. A trzeba przyznać, że to typ artystyczny produkujący niezliczone ilości dzieł (KLIK).

Biurko wybrałam niedrogie, testowe. Idealnie sprawdza się zabezpieczenie z tyłu, które sprawia, że kartki i kredki nie spadają za biurko. Blat jest nieduży, ale idealny dla małego artysty. Mała poczuła się taka dorosła i doceniona. I ułatwiliśmy sobie życie, bo wszelakie szpargały przeniosły się do jej pokoju a ona znika wieczorami na długie chwile i tworzy, tworzy, tworzy..

biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki biurko dla dziewczynki

Biurko- Womeb
Krzesło- upolowane na allegro
Długopisy/notesiki/golaski- Lots of Dots
Zasłony- H&M Home
Pojemniki w pandy- TK Maxx
Pojemnik metalowy (miętowy)- Scandiloft