01
DSC02508-2
Gioseppo, Grain de chic, gap Gioseppo, Grain de chic

Grain de chic DSC02539-2
Płaszczyk- Grain de chic
Kapelusz/torebka/kombinezon- GAP
Trampeczki – Gioseppo (właśnie doznałam ataku złości, bo je przecenili, a ja kupiłam w pełnej cenie ;))

Grain de chic Grain de chic

Jeszcze trzy lata temu ten post mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Opcje byłyby dwie. Albo napisałabym Wam, że nie mam nic do powiedzenia w kwestii buntu wieku jakiegokolwiek albo, w gorszej opcji czy złym humorze, stwierdziłabym, że coś jest z Wami nie tak jeśli dziecko nader często urządza Wam sceny rozpaczy z darciem paszczy i trzepaniem kopytami.

Fakty były i są proste. Maksymilian nigdy, w żadnym okresie rozwoju czy wieku, nie przeżył fali złości czy koszmarnego zachowania, zwanego buntem 2-3-6-latka. Nigdy nie urządził mi ‘sceny’ w domu czy miejscu publicznym. Nie szalał w sklepie z zabawkami czy spożywczym. Nigdy nie uciekał, nie zanosił się płaczem, nie leżał na ziemi płacząc godzinami. Nie biegał po domu jak szalony krzycząc i trzaskając drzwiami.

Z Maksymilianem zawsze o wszystkim można było rozmawiać. W wieku lat dwóch zasób słownictwa miał już na poziomie 4-5-latka i nie było tematu, którego nie można by z synkiem przegadać. Lubił mieć wybór, więc dyskusje polegały na kwestiach “albo- albo” jak zwykłam mawiać. Przed wyjściem gdziekolwiek, omawialiśmy potencjalnie konfliktowe sytuacje, jednak bez spięcia, bo spinać się nie nauczyłam. A raczej on mnie nie nauczył. Nie miałam przed oczami żadnych złych wizji czy potencjalnych dramatów. A mój luz przekładał się na jego luz, więc bez lęku pakowaliśmy się w przeróżne sytuacje, które inne mamy napawały strachem. Śmiało mogliśmy odwiedzać sklepy z zabawkami bo Maks nigdy nie domagał się obowiązkowego wyjścia z nowym zakupem. Na placu zabaw szybko dostosowywał się do zasad panujących w grupie. W domu miał ustalone rytuały, które akceptował i lubił. Interesował się rzeczami zupełnie innymi niż rówieśnicy (autka nigdy nie leżały w spektrum jego zainteresowań) – lubił znać wszystkie odmiany grzybów czy ziół. Kiedy skończył 24 m-ce znał już tysiące słówek po ang. i układał puzzle z 36 elementów. Taki mały dłubacz i geek. Dodajcie do tego fakt, że od 4 m-ca przesypiał nam noce i do 4 roku życia na noc zasypiał o godzinie 18-19. Naprawdę łatwy w obsłudze przypadek, szczególnie w latach najmłodszych. No może poza jedzeniem/karmieniem. Ale to już wiecie…

I tak bym sobie żyła w nieświadomości. Może w lekkim zadufaniu, że to przez to że jestem tak świetną matką, moje dziecko nie buntowało się w sposób drastyczny. Może bym sobie już pomniki budowała, gdyby los nie podarował mi… Lenki.

Choć nie od początku było jasne, że trafił mi się inny, cięższy w obsłudze okaz. Leniusza należała do tych dzieci o których mówi się “wiecznie uśmiechnięte”. Oczy otwarte po przebudzeniu i od razu banan od ucha do ucha. Wszystko jej pasowało, czy to atrakcja, czy zabawka czy jedzenie. Jako niemowlę była prawdziwym ‘darem’ właśnie ze względu na fakt, że nie musiałam z nią wojować przy karmieniu. Sprawiała, że ludzie zakochiwali się w niej od pierwszego ‘gu gu’ czy spojrzenia. A niemowlęciem przesadnie urodziwym wcale nie była… Miała jednak w sobie ten czas od pierwszego dnia.

Kiedy osiągnęła wiek około 1,5 roku, a były to wakacje, zaczęliśmy powoli dostrzegać… anomalie. To właśnie wtedy w akcie rozpaczy o gofra czy soczek czy cokolwiek innego, córcia runęła pierwszy raz na glebę. A było to właśnie —> TEGO dnia. Spojrzeliśmy na siebie z PT wciąż mając nadzieję, że to może wypadek, przypadek czy inny żarcik. Bo szczerze mówiąc, rozbawił nas ten widok. Takie pierwsze doznanie… uczucie w którym to ty jesteś ‘tym rodzicem’, którego dziecko publicznie leży na podłodze i płacze.

Lenka dbając o naszą kondycję psychiczną szybko zaczęła zachowanie powielać i tak oto do końca lata byliśmy już całkiem przyzwyczajeni do przeróżnych motywów, znanych potocznie jako bunt 2-latka. Jednak zachowania te nie były na tyle nasilone i spektakularne, żeby jakkolwiek zaburzały naszą codzienność. Wciąż można było je zaliczyć do uroczych zachowań małej, acz lekko zbuntowanej dziewczynki.

Pierwszy raz z prawdziwym buntem 3-latki zetknęłam się dopiero w te wakacje, poznając Tosię, córkę Kasi. To było coś… niesamowitego, przerażającego i paraliżującego. Tosia była w tamtym czasie definicją buntu 3-latka. Słuchając jej płaczu zaklinałam w myślach istoty najwyższe błagając, żeby nam nigdy się to nie przydarzyło. Bo dla mnie nie był to ‚normalny etap rozwoju’ a czarna dziura przerażenia.

Długo czekać nie musiałam. Na styku lata i jesieni roku 2014, Lenka po raz pierwszy wpadła w głęboki tunel nie radzenia sobie z własnymi emocjami zwany buntem 3-latka. Pierwsza scena czy histeria była spektakularna. Lenka krzyczała tak, że brakowało jej oddechu, wiła się po podłodze i waliła łapkami o ziemię. Potem wstawała, biegła przed siebie i padała znowu. I  wtedy, kiedy po raz pierwszy obcowałam z takim zachowaniem mojego dziecka stała się rzecz dziwna. Poczułam jej ból. Wiem, brzmi to co najmniej dziwnie czy śmiesznie, ale ja naprawdę w chwili skumulowania się empatii niejako mogłam dotknąć jej cierpienia. Tak cierpienia związanego z faktem totalnego nie radzenia sobie z tym co się z nią w danej chwili działo. I ta sytuacja miała dla mnie wymiar tak głęboki, że kucnęłam obok niej i … czekałam. Bez grama złości, bez … nie wiem, wstydu? Tylko z ogromnym zalewem miłości i chęcią pomocy jej. Czekałam. Po kilku minutach Lenka podeszła i powiedziała “przytul mnie mamusiu”.

To wydarzenie wpłynęło na wszystkie inne podobne historie które zadziały się i dzieją się nadal w naszym domu. Uczę tego męża i rodziców oraz koleżanki. Dziecko w czasie ‚histerii’ nie robi nam na złość. Nie jest złe, niegrzeczne czy niedobrze wychowane. Ono najzwyczajniej w świecie nie umie opanować zalewu emocji danej chwili. Ono niejako cierpi (kobiety mogą sobie przypomnieć powódź emocji w czasie pms-owej kłótni z mężem… czy czujecie wtedy radość i satysfakcje czy raczej wewnętrzne katusze… a teraz pomnóżcie to raz 100, bo dziecko nie zna odpowiedzi na tyle pytań co Wy).

Nasze zadanie nie ma sprowadzać się do dania mu klapsa czy zamknięcia w pokoju, tylko do poradzenia sobie z emocjami – z żalem, złością, smutkiem. Czasami poprzez przeczekanie. Czasami przez przekierowanie (np agresji… w bezpieczne miejsce). Z ogromną dawką miłości i nienatarczywej bliskości (‘jestem obok, jeśli masz ochotę, mogę cię przytulić lub wziąć na ręce… albo porozmawiać o problemie).

Ta miłość i empatia pomoże Wam zachować spokój. Uwierzcie mi na słowo, większego pieniacza i krzykacza niż ja, to ze świecą szukać. Jednak w takich sytuacjach, bliżej mi nieznanym sposobem zachowuję spokój. Właśnie przez to współodczuwanie. Mam siłę znieść każde durne spojrzenie moherowej pani z warzywniaka. Mam siłę stać w centrum handlowym obok mojego krzyczącego i wijącego się dziecka i po porostu czekać. A ona już wie, że świat się nie zawali i to co w niej buzuje, minie. Dzięki temu sytuacje zaczęły znacznie się skracać i pojawiać co raz rzadziej. Wciąż tam są. Wciąż wiemy, że obcujemy z odpalonym dynamitem, jednak codzienność nauczyła nas i ją, że umiemy wybrnąć z trudnych sytuacji… Razem.