Łap chwilę, ciesz się danym mentem, doceniaj małe rzeczy bla bla bla. Ileż to razy dziennie słyszymy te motywacyjne pierdoły. Czasami na nie mlaśniemy zdegustowani, czasami w przypływie entuzjazmu i klaśniemy, jednak jednym uchem nam wpadają, a w drugim już najnowszy singiel Katy Perry. Przyzwyczailiśmy się do tego, że to fajne i hipsterskie, poustawiać sobie dania kolorowe, ozdobione zegarkiem i okularami (bóg raczy wiedzieć dlaczego?), lub kwiaty na parapecie (koniecznie piwonie!), albo rodzinę w rządku, na wakacyjnym molo i ohashtagować #moments #slowlife #łapchwile, a potem z dania zdjąć ozdoby i zjeść je jakkolwiek i czymkolwiek, kwiaty wywalić, bo os naleci, a rodzinie pozwolić zdjąć z siebie sztuczne uśmiechy. I tyle nasze. Niech świat wie jak nam świetnie to wyluzowane życie idzie. A co za drzwiami to niczyj byznes!


Rok choroby przyniósł mi masę nieprzyjemności, ale także życiowe przepriorytetyzowanie :D  życia. Bez wymuszonych foci na ig i tandetnych haseł z ‚keep calm’ w tytule. W zamęcie i poszukiwaniu drogi do zdrowia dostałam od dwóch zaprzyjaźnionych psychologów dwie rady, który uparłam się zapamiętać i wprowadzić w życie.

Walnij się na hamak i gap na swoje dzieło

Ok, to wolna interpretacja tego co powiedział psycholog. Oryginał brzmiał tak: czy tak serio (serio, serio realnie, nie na instagram) usiadłaś przed swoim domem i doceniłaś jak dobrze ci poszło, jak dużo pracy włożyłaś i jak fajnie ten dom wygląda?

Gula w gardle, gula w gardle! Ten dom pojawił się nieprzypadkowo bo to właśnie budowę winiłam za mój stan zdrowotny. No i wiecie, że do września 2016 roku, choć mieszkałam w naszym domu już od roku i 4 miesięcy, ani razu nie pozwoliłam sobie na to, żeby walnąć się na trawie i docenić swój wysiłek. A był on niemały, bo większość budowy, zakupów, kontaktów z majstrami, architektami, ciągnęłam sama. Dwa wykańczające lata. I oto dzieło.. Ten dom jest teraz dla mnie przenośnią i wspomnieniem zmuszającym do docenienia każdej rzeczy w moim życiu.

Mam tendencję – pewnie jak wiele z Was – do zajeżdżania się na śmierć. I wiecznie widzę tysiące rzeczy do ogarnięcia, skupiając się na tym ile jeszcze do zrobienia, ile wisi niedomkniętych projektów. Wszystko to żyje w mojej głowie wołając na raz. Tysiąc alertów i czerwonych trójkącików. I tak dzień za dniem – dom, dzieci, lekarz, rehabilitacja, zakupy, obiad, 100 maili, 4 sesje do zrobienia i wpisy do napisania… na wczoraj, rośliny zamówione więdną na podwórku, ubrania w szafach nieprzejrzane, wyprzedaż nie wysłana, obrazy od grudnia nie odebrane z obramowania, trzeba zrobić zdjęcie do vizy … jeżu, widzicie? Od razu się wkręcam i na luzie spisałabym listę miliarda rzeczy do zrobienia na już.

Wtedy siadam w hamaku, biorę 5 głębokich oddechów i wyliczam co ostatnio udało mi się zrobić. Nawet z prostych rzeczy. Doceniam to co mam. Łażę boso po ogrodzie, zrywam suche liście, lub kwiaty do wazonu, zjadam poziomki i pomidorki. I jakiś trafem to zawsze działa. Alerty cichną, a ja zabieram się do działania. One thing at the time, jak to od 10 lat uczy mnie mój mąż. Dokładnie to mówi „Nie wiesz od czego zacząć? rób cokolwiek.. Nie wiadomo, czy będzie to najważniejsza rzecz, ale zawsze coś będziesz miała zrobione” ;)

Znajdź małe przyjemności które oderwą cię od pędzącej codzienności

Muszą być niezwiązane z dziećmi, pracą i realnie relaksować. Nie siłownia i morderczy trening „bo muszę schudnąć w końcu do któregoś lata!”, nie wycieczka do parku z 10-tką dzieci, kiedy nasze ręce przyozdobione są grabkami, hulajnogą i rozlanym sokiem.

Momenty, które pomogą nam w codziennej defragmentacji dysku. W ułożeniu kilku puzzli które nie pasują, wywaleniu śmieci lub niemyśleniu o niczym. Możecie się uprzeć na pilates na balkonie, ale przemyślcie co tak realnie sprawia Wam prostą, relaksującą przyjemność.

U mnie wygląda to tak – realnie relaksuje mnie grzebanie w ogrodzie o poranku i dosadzanie roślinek, oraz ogólne snucie się po podwórku (o czym pisałam wyżej). Druga przyjemność to jazda na rowerze. Kupowałam go z 5 lat, ale w końcu nadejszła wiekopomna chwila. I nawet umiem na nim jeździć! Ta jazda jest dla mnie elementem odpoczynku ale także nieprzeciążającego ruchu (który mam w zaleceniach od lekarza). Myślałam także o jeździe konnej (kiedyś jeździłam i nawet skakałam przez przeszkody!), ale poszłam raz i okazało się, że.. boję się kleszczy (w czasie 1 lekcji widziałam ich w statninie nie mniej niż 3 miliony). Więc na razie odpada. Innych przyjemności wciąż poszukuję, bo żadne z obecnych nie pasuje do zimowego klimatu. Może zacznę robić koce, albo kolorować kolorowanki dla dorosłych :D. W’ll see…

Zastosujcie się do tych dwóch rad przez następne pół roku i dajcie znać jak efekty. U mnie widać wyraźny proges. Umiem lepiej priorytetyzować :D zadania, ale czasami także zepchnąć wszystkie na bok dla własnego szczęścia i zdrowia. Dla momentów poświęcanych tylko dla siebie lub dla rodziny. I każdy na tym korzysta. Win- win- wino <3

PS – tak serio to nie jeżdzę po podwórku w sukience i kapeluszu z kwiatami w koszyku. Ale tak to lepiej wyglądało do ‚instagramowego lifestylu’ ;)

PS2 – Pierwsze dwa zdjęcia robił mi mój synek! Ma talent, c’nie?

Jeśli spodobał Ci się artykuł, podziel się z innymi ! Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone