Od kilku dni noszę w sobie jakiś żal i gorycz.

Dziś o 4:20 kiedy to zawył alarm i PT musiał pędzić na budowę a ja zostałam w ciemnym pokoju, znowu musiałam zmierzyć się ze swoimi emocjami. I choć nie chciałam tego pisać, bo moje poglądy mogą być niepopularne i znowu sprawią, że ktoś dziwnie na mnie spojrzy, to nie mogę się powstrzymać.

Od pięciu dni w pierwszych stron nie schodzi wiadomy temat. A ja już dłużej nie mogę tego oglądać. I nie rozumiem, nie pojmuję, JAK TAK MOŻNA? Jak można z czyjejś tragedii robić pożywkę dla mas. Jak moje koleżanki blogerki mogą, każda po kolei pisać jak to nagle przypomniały sobie o istnieniu śmierci i o idei bycia matką, a potem na wallach chwalić się rosnącymi stystykami. To obrzydliwe!

Dla tych piszących to było 5 minut, a niech i dzień, plus kilka łez. I tyle. Potem już tylko spijanie śmietanki, setki szerów i  staty. Dwa dni później powrót do pierdół wszelakich.

A tam gdzieś jest rodzina która ma serce wyrwane z piersi. Codziennie po otwarciu oczu mają 3 sekundy normalnego życia, a potem atakują ich emocje i wspomnienia. Tam są  przerażone dzieci, wyrwane z matczynych uczuć i co gorsza, obdarte z możliwości przeżycia tego czasu w spokoju. Przez Was! Przez nas!

Dlaczego nie zostawić pastwienia się nad rodziną, tym obrzydliwym tabloidom, które jeszcze tydzień wcześniej uganiały się nad zdjęciem ze szpitala. Tym lekarzom, którzy za $ sprzedadzą każdą historię. Czy serio uważacie że 1000 tekstów pt. “oooch dziecko straciło matkę, a to mogłam być ja” w czymkolwiek pomoże tej rodzinie?

Zamilczcie, błagam! Dajcie tym ludziom pobyć sam na sam ze swoim smutkiem.. z emocjami.

Często rozmyślałam, jak chciałabym uczcić odejście kogoś bliskiego. Moją wolą, choć to nie realne, byłoby spędzenie tego czasu w gronie najbliższych. Obcowanie ze swoimi uczuciami, bólem, w gronie osób, które choć trochę rozumieją co przeżywam. Nie przymusowe obściskiwanie się ze stadem ludzi którzy przyszli kurtuazyjnie lub na widowisko. Dlatego na pogrzebach nigdy nie składam kondolencji. Nie chcę łgać komuś w oczy jak to rozumiem co on przeżywa. Bo nie rozumiem. Raz tylko podeszłam do koleżanki której mama odeszła na tego samego raka na którego choruje moja. Powiedziałam jej, że choć w małym procencie ale, wiem co czuje. A ona spojrzała na mnie i powiedziała, że nie życzy mi nigdy przeżyć tej dalszej części. To były jedyne szczere słowa i uczucia.
Kłamstwo w tym momencie boli najmocniej.

Ja tam byłam jedną nogą. Moja przyjaciółka dwiema. I uwierzcie mi na słowo, ostatnie czego człowiek chce to setki ‘pięknych opowieści’ ludzi którzy gówno wiedzą. Bo osoba dotknięta tym problemem ma świadomość, że dla piszącego to jest chwila uniesienia, po której idzie siku, czy na spacer i zapomina. Dla tych którzy są w centrum zamieszania sam ten fakt jest dodatkowym cierpieniem. Bo świat uronił łzę i potoczył się dalej. A oni tam zostali.

7