DSC01489-2

DSC01495-2

DSC01525-2 DSC01526-2
DSC01528-2

DSC01555-2

Codziennie po przedszkolu (wtedy kiedy na dworze nie leży „pierwszy wiosenny śnieg” czy grad, nie ma świąt, wolnego, lub nie chorujemy), w okolicach godziny 15-16 całą rodzinką spotykamy się na podwórku naszego nowego domku. Nie, nie rekreacyjnie, na ten etap jeszcze trochę poczekamy… a dokładniej to, popracujemy. Mieliśmy do wyboru – wykończenie domu pod wprowadzenie (takie już z drzwiami, kuchnią, łazienkami, garderobą) lub zrobienie zaprojektowanego wcześniej ogrodu (koszt- kilkadziesiąt tysięcy). Wybraliśmy to pierwsze, zakasaliśmy rękawy i choć doświadczenie mamy zerowe, sami walczymy o zieloną trawkę, co by nie brodzić w glinie. Bo tak się nam (nie) szczęśliwie trafiło, że na tyłach domu mamy zakład garncarski, można lepić co się zechce. Gorzej z sianiem trawy.

Przekopałam już pół działki. Tak, sama, bo PT był długo chory. Już wam ostatnio pisałam, że jestem uparta niedorzecznie i twierdzę, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie podołam. Odciski na dłoniach? No są… Że padam na twarz wieczorem? Padam. Słaniam się na nogach kąpiąc wieczorem dzieci i wstawiając ostatnie pranie. Ale poziom zadowolenia i spełnienia po takim dniu, sprawia, że zaczynam rozumieć o co chodziło tym, którzy mówili „aaa, przy domu to zawsze jest robota.. ale taka, którą chce się wykonywać”.

Tak właśnie jest. Codziennie uczę się co z tym trawnikiem mam robić. Przekopać, nawieźć piasku (żwiru), przekopać, użyć glebogryzarki, nawieźć czarnoziemu, zwałować, wysiać trawę. Gdzieś między tymi etapami jeszcze wyrównać teren, choć nie ukrywam, że tej części trochę nie rozumiem dokładnie, więc pewnie polegnę. Ale jakoś to będzie…

A ile nowych znajomości, pomocników, doradców. Sąsiad mi na dziś taczkę pożyczył, bo o 11 jadę z tatą walczyć o całość przekopaną i przemieszaną z piaskiem który mamy na froncie domu (nie wiadomo dlaczego z przodu działki jest nadmorski piaseczek a z tyłu glina jak skała). Robotnicy doradzali, pomagali z g*** glebogryzarką co za 250zł kupiliśmy w sklepie na L., i co nam po godzinie (!!!) już cała się porozwalała i powyginała (tanie mięso…). Tata z mamą, na pierwszy prezent kupili nam grabie i łopatę, oraz … jabłonkę! Ten zakup był akurat nieplanowany, ale że nieszczęśliwie, na zakupy zabrali ze sobą Maksa, ten uparł się, że koniecznie i natychmiast chce „Jabłonkę Eli„, tylko, że Maksa. Nic, że wybrał odmianę totalnie niedopasowaną do naszych warunków glebowych. Musiała to być koniecznie ‚Koksa pomarańczowa’ (nie wiem czy powinnam już się martwić tą nazwą, czy to taki przypadek ;)).

Więc chodzimy tak codziennie i walczymy. Zmęczeni, acz dumni.

A Maki? Cóż.. Myślę, że zdjęcia mówią więcej niż jakiekolwiek słowa…

DSC01546-2
DSC01483-2 DSC01485-2 DSC01486-2 DSC01500-2 DSC01533-2 DSC01566-2 DSC01567-2
DSC01569-2

Lenka:
Bluzo- kurtka- Gap (bajeczne wyprzedaże stacjonarnie!)
Apaszka- Nosweet
Legginsy- Kukukid
Kalosze- Zara

Maks:
Kurtka- Zara (dwustronna, bardzo polecam! obecna kolekcja)
Spodnie z kolejnymi łatami które się już rwą – także Zara, ale stara ;)
Kalosze- Jolues (myślicie, że mam wciąż szansę sprzedać je za 100% ceny? ;))