img_8288 img_8300 img_8307 img_8314 img_8320 img_8329 img_8332 img_8333
Córka, córcia, córeczka.. Moje marzenie odkąd w mojej głowie pojawił się zalążek pomysłu na bycie mamą. To o niej myślałam, wizualizowałam będąc we wszystkich trzech ciążach. Za trzecim razem się udało. Spełnienie marzeń! Maleńka kobieta. Zachwyt, emocje, zalewająca radość. Choć była to ciężka ciąża i cudem pojawiła się na tym świecie dzięki matczynej intuicji (KLIK), każdego dnia upewnia mnie w przekonaniu, że było warto.

Jest coś magicznego w posiadaniu córki. Jej wrażliwość, gesty, pokłady emocji, bardzo szybko różnicują ją od równie cudownego, acz bardzo innego synka. Jest taki magiczny gest, który robią dziewczynki, który zmiękcza serce, mianowicie sposób w jaki odgarniają włosy z buźki. Wszystkie robią to urzekająco i cudownie. Ale od pieluch widać tę delikatność w ruchach, intensywność wybuchów emocji, zalewy miłości i błysk w oku.

Wydaje mi się, że ludzie upraszczają tę chęć posiadania dziewczynki do ‚strojenia i przebieranek’. Owszem, nie ukrywam, w przypadku małych kobietek pole do popisu w kwestii mody i ubierania jest większe. Jednak to promil, ułamek wszystkich darów jakie niesie ze sobą córka. Jest ona głównie nauczycielem. Prowadzi nas matki, przez świat, który po części już znałyśmy. My też byłyśmy córkami. Doświadczałyśmy więzi z naszymi mamami, lub jej braku. Odczarowujemy historię każdym słowem i gestem. Odwzorowujemy to co dobre, poprawiamy słabe wzorce. Odnajdujemy sobie pokłady spokoju lub złości. Każdego dnia pracujemy nad sobą i tą relacją. To jak darmowa psychoterapia.

Półtora roku temu napisałam Wam tak: „Na styku lata i jesieni roku 2014, Lenka po raz pierwszy wpadła w głęboki tunel nie radzenia sobie z własnymi emocjami zwany buntem 3-latka. Pierwsza scena czy histeria była spektakularna. Lenka krzyczała tak, że brakowało jej oddechu, wiła się po podłodze i waliła łapkami o ziemię. Potem wstawała, biegła przed siebie i padała znowu. I  wtedy, kiedy po raz pierwszy obcowałam z takim zachowaniem mojego dziecka stała się rzecz dziwna. Poczułam jej ból. Wiem, brzmi to co najmniej dziwnie czy śmiesznie, ale ja naprawdę w chwili skumulowania się empatii niejako mogłam dotknąć jej cierpienia. Tak, cierpienia, związanego z faktem totalnego nie radzenia sobie z tym co się z nią w danej chwili działo. I ta sytuacja miała dla mnie wymiar tak głęboki, że kucnęłam obok niej i … czekałam. Bez grama złości, bez … nie wiem, wstydu? Tylko z ogromnym zalewem miłości i chęcią pomocy jej. Czekałam. Po kilku minutach Lenka podeszła i powiedziała “przytul mnie mamusiu”.

To wydarzenie wpłynęło na wszystkie inne podobne historie które zadziały się i dzieją się nadal w naszym domu. Uczę tego męża i rodziców oraz koleżanki. Dziecko w czasie ‚histerii’ nie robi nam na złość. Nie jest złe, niegrzeczne czy niedobrze wychowane. Ono najzwyczajniej w świecie nie umie opanować zalewu emocji danej chwili. Ono niejako cierpi (kobiety mogą sobie przypomnieć powódź emocji w czasie pms-owej kłótni z mężem… czy czujecie wtedy radość i satysfakcje czy raczej wewnętrzne katusze… a teraz pomnóżcie to raz 100, bo dziecko nie zna odpowiedzi na tyle pytań co Wy).

Nasze zadanie nie ma sprowadzać się do dania mu klapsa czy zamknięcia w pokoju, tylko do poradzenia sobie z emocjami – z żalem, złością, smutkiem. Czasami poprzez przeczekanie. Czasami przez przekierowanie (np agresji… w bezpieczne miejsce). Z ogromną dawką miłości i nienatarczywej bliskości (‘jestem obok, jeśli masz ochotę, mogę cię przytulić lub wziąć na ręce… albo porozmawiać o problemie).

Ta miłość i empatia pomoże Wam zachować spokój. Uwierzcie mi na słowo, większego pieniacza i krzykacza niż ja, to ze świecą szukać. Jednak w takich sytuacjach, bliżej mi nieznanym sposobem zachowuję spokój. Właśnie przez to współodczuwanie. Mam siłę znieść każde durne spojrzenie moherowej pani z warzywniaka. Mam siłę stać w centrum handlowym obok mojego krzyczącego i wijącego się dziecka i po porostu czekać. A ona już wie, że świat się nie zawali i to co w niej buzuje, minie. Dzięki temu sytuacje zaczęły znacznie się skracać i pojawiać co raz rzadziej. Wciąż tam są. Wciąż wiemy, że obcujemy z odpalonym dynamitem, jednak codzienność nauczyła nas i ją, że umiemy wybrnąć z trudnych sytuacji… Razem.” —> (cały Wpis „Bunt na pokładzie” TU)

Tak oto Leniusza stała się moim nauczycielem. Czasami mi się ten spokój wymyka. Staję wtedy z boku i obserwuję co się zadziało, że tracę opanowanie i radość z chwil spędzanych z nią. Zazwyczaj problem tkwi we mnie. Staram się wtedy więcej odpoczywać, dbać o relaks i czas spędzony z książką w kąpieli i idylla powraca.

img_8214 img_8198 img_8203

img_8114 img_8135 img_8141 img_8144 img_8186 img_8188

Wracając jednak do mody. W tej dziewczęcych porywach emocji, Lenka uwielbia wyglądać tak jak mama. Piszczy z radości kiedy mamy takie same ubrania lub jakiś element garderoby czy biżuterii.  Kiedy otrzymałyśmy od marki Coccodrillo produkty z nowej linii biżuterii – projektu Ani Kruk for Coccodrillo – z przyjemnością zgodziłyśmy się je Wam pokazać! Mamy kolekcję jaskółeczek, ja w wersji bransoletka + wisiorek i Lenka- bransoletka, łańcuszek + kolczyki (które przechwyciłam ja ;)). Takie małe drobiazgi, rzeczy tylko dla nas, jeszcze bardziej zbliżają nas do siebie.

Wszystkie ubranka jakie ma na sobie Lenka powyżej, są marki Cocodrillo :)

Nie tylko dla mam córeczek, mamy KONKURS!
Odpowiedzcie w komentarzu na pytanie: czego Was uczą Wasze dzieci każdego dnia i jak pomagają się Wam rozwijać? :)

Czekają na Was 3 bony po 100zł na zakupy do Coccodrillo!

Konkurs trwa do 04.11.2016, zaś wyniki na blogu pojawią się 06.11.2016 w tym wpisie.

NAGRODY OTRZYMUJĄ:
1. Katarzyna za komentarz:
„Witam! Jestem mamą 3 dzieci. Po raz pierwszy mamą zostałam mając 23 lata. Ciąża planowana, wszystko miało być jak z książki- jednak za nim urodziłam pierwszą córkę przeczytałam kilkanaście książek dotyczących macierzyństwa, dokupywałam również czasopisma poświęcone wychowaniu. Chciałam być przygotowana w 100% na przyjście córki, musiałam przecież być najlepszą mamą na świecie. Moje plany jednak i całe te przygotowanie poszło gdzieś w świat z chwilą, kiedy lekarka oświadczyła mi że ciąża jest zagrożona i natychmiast trzeba robić cesarkę. Miał być poród naturalny, a tu niespodziewanie coś takiego do tego, córeczka urodziła się z niską masą urodzeniową- dzięki Bogu, że była zdrowa, szybko nadrobiła wagę i nie trzeba było się przejmować. Córeczka nauczyła mnie, że przy dzieciach nie należy wychodzić z planami dalej niż o jeden dzień. I nie należy przejmować się drobnostkami, bowiem tak najbardziej w życiu liczy się rodzina i zdrowie. Po nie dłuższym czasie u córki stwierdzono poważną dysplazję biodra. Zaczęły się wyjazdy do specjalisty, męka dla dziecka podczas zakładania rozwórki Koszli czy poduszki, która miała doprowadzić panewkę na swoje miejsce. Miesiące płaczu, nieprzespane noce. Nauczyłam się doceniać noc za odrobinę snu, dzień za uśmiech córki, którą widziałam radosną obserwującą przyrodę leżącą w wózku. Cierpliwość i systematyczność, którą sobie wypracowaliśmy wspólnie zaprocentowała, że córka wyszła z tego i obyło się bez operacji. Pomimo jej buntu, robiliśmy wszystko co nakazał lekarz i udało się. Córeczka nauczyła mnie uważności, większego planowania i przykładania większej uwagi do czasu- co masz zrobić jutro zrób dziś wpisało mi się w krew. Za rok urodziłam kolejną córkę. Tu ciąża nieplanowana, ale dzięki wierze wszystko skończyło się dobrze. dziewczynki razem wzięte nauczyły mnie bacznej obserwacji sytuacji, dodały większego Powera w moje życie, pokazały, że macierzyństwo książkowe znacznie różni się od tego w rzeczywistości, bo każdy człowiek jest inny, dzieci są inne i z innym charakterem i do każdego dziecka trzeba podejść indywidualnie. Kiedy zaś pojawił się synek, brakowało mi czasu dosłownie na wszystko. Nie potrafiłam się ogarnąć. Doceniłam, co to znaczy mieć swoją mamę u boku i jej pomoc, bowiem na teściową nie bardzo mogłam i mogę liczyć. Mama to mama. Dzięki tym sytuacjom bardziej dbam o siebie i swoje zdrowie, aby móc w przyszłości służyć pomocą swoim dzieciom w im dorosłym życiu i pomóc przy wnukach, bo sama wiem, jak ciężko jest być zdaną tylko na siebie i swoje możliwości i siły.”

2. EwuniaG
„Moja córka pokazała mi, że nigdy, ale to nigdy nie można bać się wyrażać swoich uczuć. Ona potrafi w piękny i prosty sposób powiedzieć „kocham Cię”, „przytul mnie mamusiu”, „boję się”. Przychodzi jej to z taką naturalnością i otwartością, jakiej jej zazdroszczę. Ona pokazała mi, że bycie wrażliwym nie jest wadą, a zaletą, bo świadczy o naszym wewnętrznie pięknie. Basia ma swoje zdanie i umie je otwarcie wyrazić, co w języku dorosłych nazywa się asertywnością. Kiedy coś się jej nie podoba- mówi o tym otwarcie. Nie owija w bawełnę, nie gra po to, aby osiągnąć korzyści, jest szczera we wszystkim, co robi. Myślę, że gdybyśmy my, rodzice, zainspirowali się tokiem rozumowania swoich dzieci, nasze życie byłoby o wiele prostsze!”

3. joanna
„Mnie moja córeczka nauczyła… przepraszać. Miałam łatwe życie, wszystko na tacy, byłam najmłodszą i jedyną córka z czwórki dzieci. Dziś ktoś powie rozpieszczona dziewczyna.. tak!to byłam ja. Mogłam na podwórku broić ile chciałam bo starsi bracia nade mną zawsze czuwali i ratowali z opresji, czasem nie słusznie bo sama zaczepiałam dzieci na podwórku a potem udawałam ofiarę(masakra!), w domu też wiele nie musiałam robić bo jako najmłodsza miałam czas na takie zadania, także zmywanie podłóg, trzepanie dywanów i wynoszenie śmieci było mi obce.W związku z tą moja beztroska przepraszać nie umiałam.Aż do czasu kiedy na świecie pojawiła się moja córeczka, jedyna,wymarzona. I ona ta mała 3-letnia istotka, nauczyła mnie poprzez swoje zachowanie przepraszać, za najdrobniejsze rzeczy…oraz za te poważniejsze jak podniesiony głos.. krzyk.. za nie kontrolowane wybuchy emocji, które we mnie gdzieś siedzą…I taki maluch, który dopiero nauczył się mówić,który rozleje napój, pobrudzi ubranie,kiedy z niemożności krzyknie, podniesie głos- mówi: przepraszam mamusiu, poprawie się. Nie ma nic milszego <3″

Gratulacje! Proszę o kontakt na mail blog@makoweczki.pl do dnia 13.11.2016 z pełnymi danymi teleadresowymi.