Czasami wydaje mi się, że powinnam zatrudnić osobę zajmującą się kreowaniem wizerunku. Taką która powie mi co napisać, co pokazać, bo to dobrze się sprzeda. Choć znając swoją osobowość i ego, pewnie i tak stanęła bym kołkiem i jak ten zwierz, uparła zrobić wszystko po swojemu.

Ale potem czytam na blogach matczynych czy rodzinnych takie przecudowności, że wciskam twarz w dłonie i mam ochotę przemyśleć ponownie ten element kreacji.

Ktoś przyznaje się do tego, że gotuje zupę. Taki gar wielki i pachnący. Robi z tego niesamowitą opowieść. Zupa wrze, gar bulgoce, dziecko biega, albo żre obierki z podłogi. Z łyżki kapie na podłogę. Matka ociera pot z czoła. Jest taka styrana jak maratończyk, ale wciąż wygląda bardziej jak z reklamy Żurku Knorr. Potem bierze dziecko na ręce i daje mu spróbować wrzątku (parujący napar lepiej wygląda na zdjęciach). Rodzina. Sielanka. Wartości. A widownia klaszcze. Wstaje, wiruje i robi falę. To takie niesamowite i zaskakujące. Baba zupy nagotowała.

Inne piszą o trosce o dziecko. Niby usuwają wizerunek z bloga, aby w następnym poście wstawić 25 zdjęć malucha. Lub zdjęcia nie wstawią ale opisem przeniosą nas w pielesze. I młodziana ośmieszą, bo jak wiadomo, publiczne poniżenie to nauka wielka. W kolejce stoi także polityka ‘0 reklam’, a pod postem ciąg linków i pianie nad kocem czy tabletką na gardło.

I nie rozumiem, naprawdę nie ogarniam faktu, że ktoś się na to nabiera. Że ludzie nie czytają między wierszami, nie analizują historii, nie patrzą spokojnie, jak stary dziadek pykający fajkę, z mądrością, pobłażliwością lub szczyptą psychoanalizy. Nie cenią szczerości, a kupują baśnie. Bajki o braku bajki. Magię bez złotego pyłu. Nieszczerą historię o szczerości.

Bo nie wszystko musi być podane na tacy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Naprawdę trzeba napisać o tym, że matka robi pranie, żeby kilka osób westchnęło nad sielanką domowego ogniska? Czy matka pisząca o edukacji, pokazująca modę, czy dotykająca jakichkolwiek innych tematów nie gotuje zupy? Nie sprząta? Nie posiada wszystkich obowiązków związanych z macierzyństwem? Czy trzeba napisać, że robi się coś zwyczajnego, żeby czytelnik to zauważył. Czy trzeba 100 razy podkreślać, że dany blog jest publicystyczny, ma głębię i duszę, że nie robi się tam błędów ortograficznych, a treść jest bogata, żeby ktoś w to uwierzył?

Otóż tak. Efekt samospełniającego się proroctwa, lub pigmaliona.

Przez rok blogowałam z dwójką dzieci, 4-latkiem i 9-miesięczniakiem. Codziennie wstawałam, karmiłam maluchy, ubierałam, bawiłam się z nimi, uczyłam, chodziłam na spacery. Robiłam to wszystko co każda matka, posiadająca dwoje dzieci, robi.
Do tego prowadziłam bloga. Sama często zadaję sobie pytanie, jak dałam radę. Jakim cudem ogarniałam ten bałagan i natłok obowiązków. Jak ubierałam dzieci, brałam je na spacer i jeszcze jakimś cudem, co jakiś czas udawało mi się zrobić dobre zdjęcie. Jak? Kiedy pisałam te notki? Kiedy zajmowałam się wybieraniem i obróbką zdjęć? Przecież miałam cały dom na głowie. Z przymusowym gotowaniem, bo Lenka słoika nie tknęła. A Maksa upodobania żywieniowe dyskredytowały każdą restaurację, A dodajmy do tego dwa fakty: a)wpisy dodawałam praktycznie codziennie, od poniedziałku do piątku (!!!) b)nigdy nie blogowałam kosztem dzieci, czyli nie odganiałam ich miotełką, bo pisałam notkę na blogaska. Nigdy. Zdjęcia obrabiałam kiedy Lenka spała a Maks miał swoje kilkadziesiąt minut na bajeczkę. Zaś opis powstawał miedzy godziną 17 (kiedy to już był z  nami PT) a 22 (lub wcześniejszą, kiedy to padałam na twarz) a kilku minutach wydartych rutynie, zmęczeniu i natłokowi obowiązków. I może ta treść nie była doskonała, patrząc globalnie, ale biorąc pod uwagę powyższe okoliczności to była najlepsza możliwa. Idealna i cudowna! Prawdziwa. Dodajmy do tego fakt, że to właśnie w tym roku Makóweczki stały się najpopularniejszym blogiem rodzinnym w Polsce.

Więc kiedy ktoś chce zdyskredytować moje starania, czuję złość i żal. Bo wiem jak było ciężko. Każdą wolną chwilę ładowałam w bloga. Miałam niepomalowane paznokcie i odrost po szyję. Jeden film zdarzało mi się oglądać 2 tygodnie, bo codziennie po 10 minutach zasypiałam.
Ale nie pisałam tego wszystkiego, nie dobudowywałam ideologi do zupy czy kupy. I kiedy po roku odważyłam się napisać post “Jak to ogarniam” (chyba go usunęłam, bo nie mogę go znaleźć) zostałam zjechana od leniwych bab. Rozumiecie?! Po takim roku!

Więc dziś postanowiłam powiedzieć coś głośno. Bo przestałam się już łudzić, że pomijając kilka koleżanek i wiernych czytaczy, ktokolwiek będzie miał ochotę odnajdywać przekaz między wierszami.
Dziwnie się czuję pisząc ten tekst. Wstrzymywałam się długie miesiące…
Ale może właśnie prelekcje na BFG, tyczące jakości i wartościowych treści pchnęły mnie do sporządzenia podsumowania, które pewnie jest swego rodzaju autoreklamą. A ja średnio lubię pisać o sobie dobrze (o dziwo). Ale uczę się i nauczę.

Od ponad 9 miesięcy wprowadzam na blogu gigantyczne zmiany. Zaczęłam więcej, lepiej pisać. Treść bloga jest inna, IMHO, bardziej wartościowa. Przygotowuję się do tekstów dla was, lub siekę (jak dziś) prosto z serca. Ale chcę, żeby przesłanie i treść jaką otrzymacie była spójna, mądra, godna mojego czytelnika.

Otóż od lutego tego roku zarządziłam na blogu tzw. ‘czystki’. Usunęłam kilkaset postów i kilka tysięcy zdjęć. Wszystko to co nie było nazbyt przemyślane, lub nie pasowało do obecnej wersji mnie. Bo mimo, że mój blog stał się bardzo popularny, to nie był jakoś wybitnie zaplanowany czy przeanalizowany. Był to spontan matki siedzącej w domu z dwójką maluchów. Lęków i obaw nie miałam. Dlaczego? Zdradzę Wam sekret. Przed erą bloga, 10 lat prowadziłam fotobloga. Z pierdyliardem zdjęć i to takich, że z pąsem na twarzy i głową w piasku usuwałam pojedynczo (sick!) miliardy wpadek wizerunkowych maści wszelakiej. O dziwo przez te 10 lat nikt nie przebąknął słowa o wizerunku czy prywatności. Dlaczego? A- nie było takiej mody, B- mojego fotobloga znała moja rodzina i kilku znajomych (w tym np. Olga z otymże.p :)). Usunęłam wszystko rycząc całymi wieczorami. Bo połowa z tych zdjęć i myśli zniknęła na zawsze. Ale byłam już wtedy na tyle świadoma, żeby wiedzieć, że są na świecie ludzie zawistni, którzy żywią się upadlaniem innych.
Wyczyściłam ile się dało. Zajęło mi to setki dni i tysiące godzin.
Od stycznia zamierzam przejść do dalszej transformacji. W jakim kierunku? Lepszym! :) Tyle póki co musi Wam wystarczyć.

Czuję wewnętrzną potrzebę robienia rzeczy nowych, dobrych, kreatywnych. Może po prostu znudziłam się formułą bloga. Może to naturalne, że przemy do doskonałości. Ja milczałam, to odwagę miał ktoś inny. “Kominek się kończy”. Po części stare Makóweczki odchodzą w niepamięć. Tylko jakoś nie czułam potrzeby piania o tym.. bo co jeśli zmienię zdanie? A babą jestem z krwi i kości. Mam humory, genialne pomysły, idee, a za chwilę pustkę i muchę na ścianie.

1422540_10152029132579486_1604902706_n

W tym roku odrzuciłam kilkanaście propozycji wystąpień w TV, jeszcze więcej wywiadów (choć niektóre gazety olewały moje prośby i cytowały jakieś stare wypowiedzi). Odrzuciłam propozycję napisania książki, bo nie czuję się pisarzem, oraz uczestniczenie w kilkudziesięciu niby rewelacyjnych i dobrze płatnych projektach, ale wysysających czas do zera. A ja nie mam tego czasu.

I kiedy myślę sobie czy dobrze spożytkowałam ten rok, to nie jestem tego pewna. Chyba nic nie potoczyło się zgodnie z moim planem. W lutym kiedy zarządziłam zmiany nie przewidziałam, że zachoruje moja babcia, co będzie się łączyło z wyjazdami i głównie brakiem opieki do dziecka (zw. na fakt, że Lenką opiekowała się moja mama). Nie przewidziałam, że ten okres potrwa do lata. Nie zdawałam sobie sprawy, że moja pani która choć ten jeden raz w tygodniu pomaga mi ogarnąć te 100m2, złamie rękę akurat w miesiącu który Maks miał wolny. Nie miałam pojęcia, że spędzę wakacje z dwójką maluchów 24/24, zaś weekend w weekend po 8-10 godzin będę szorować kible. Nie sądziłam, że Lenka będzie miała operację i utknę w szpitalu. A potem kiedy pojawiło się światełko w tunelu i nadzieja na wolny czas (obydwa Maki w p-kolu), na ulepszanie bloga tak jak chciałam i jak planowałam, ruszyła budowa… z kopyta, wysysając mnie całkowicie.

Nie poszło mi tak jak chciałam. A mimo to nie odeszliście… Rok temu było tu Was 30 tysięcy. Dziś na bloga wchodzi ponad 50 tysięcy czytelników! Miesiąc w miesiąc, nie z przypadkowego podlinkowania. Jest was prawie 2x więcej niż w zeszłym roku! I właśnie to mnie nakręca. Analizuję i rozmyślam, dumam nocami, że jeżeli wciąż do nas zaglądacie, mimo, że mój plan się nie ziścił, to spodobają się wam i zmiany. Bo te na pewno będą na lepsze. Ciekawsze i nowe. Nieodtwórcze, nie kreowane. Wciąż moje, acz bogatsze.