DSC09206a

Moje życie jest wspaniałe.

Składa się na nie wiele elementów o których nie marzyłam. Niektóre są bardzo moje, wypracowane, takie z których jestem dumna. Inne tak doskonałe, że kiedyś nawet nie śmiałam o nich myśleć – cudowny mąż, idealne maluszki, sielanka rodzinna. Są i takie po których po prostu nie chciałam, nie potrzebowałam. Do tych ostatnich od zawsze zaliczał się.. dom.

Pan Tata często zagajał, że taka jest kolej rzeczy, że dom kiedyś być musi. Ale ja oponowałam. Bo nie należę do prawdziwych przedstawicieli polskiej nacji ‘zastaw się a postaw się’ – dom być musi. Choćbyś miał mieszkać w samym podziemiu i jeść tynk przez sto lat, to musi być. Nie. Uważam, że wyborów powinno się dokonywać na miarę możliwości, stanu posiadania, bez zarzynania siebie, pięciu etatów i wiecznego odmawiania przyjemności.

Więc dom odpadał w przedbiegach, w samej wizji.

A potem zaczęłam za dużo czasu spędzać z moją Agą. I słuchać o tych momentach z kawą na ganku, o podwórku dla dzieci, o wolności, przyrodzie, zwierzętach, własności i innych nieznanych przyjemnościach. Większości nie rozumiałam (i nie pojmuję nadal). Wychowana w bloku, kochająca miasto i jego wygody. Pizze na telefon, dobrą szkołę tuż obok, pięć minut do parku, galerii, kina. I rodziców ‘za płotem’. Nie.. tego bym nie zamieniła na najpiękniejszy widok. Ale Aga się nie poddawała w wizualizowaniu tych momentów sielanki okołodomowej. I tak jej słuchałam dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Potem ona kupiła swój bliźniak i temat ‚domowy’ stał się jeszcze bardziej realny, wręcz namacalny. I  po prostu się zaraziłam.

Czym?

Nie prestiżem, nie metrażem, nie dobrze brzmiącym adresem. Nie stanem posiadania, modą czy dobrobytem. Zaraziłam się wizją moich dzieci biegających po podwórku, skaczących na trampolinie lub grzebiących w piasku. Zaraziłam się chwilami na tarasie z kubkiem kakao czy lampką wina, w objęciach PT. Leniwymi wieczorami i piskiem maluszków w piżamkach, biegających bosymi stopami po rosie. Czasem spędzonym razem, rodzinne na myciu auta, sadzeniu roślinek, czy układaniu drewna do kominka. Zaraziłam się całymi dniami spędzonymi przy domu, w basenie, lub na kocyku. Własnym bałwanem na posesji i drzewkiem wspólnie zasadzonym. Tym rodzinnym dopełnieniem.

Więc domek mój stoi w środku miasta. Jest niewiele większy od mojego mieszkania. Nie hiper nowoczesny, mało ‘inteligentny’. Nie lata, nie gada, nie ma wielkich ekranów ani panelów sterowania. Nie wygląda raczej ‘prestiżowo’, obecnie to w ogóle nie wygląda, bo składa się z cegieł. Mimo to kiedy moje dzieci przekraczają okalającą go siatkę wchodzą jakby do innego wymiaru. Takiego w którym każdy kamień jest największym skarbem. W którym piach jest złotym pyłem a bańki lecą dalej i wyglądają piękniej niż zazwyczaj.
Nam też udziela się ten klimat. Patrzymy na siebie z PT i wiemy, że nie potrzebne są nam złote klamki, komputery i sterownia. Że nie o to tu chodzi… Bo nasze maluchy już uważają ten dom za najpiękniejszy, a jego wartość mierzą chwilami a nie monetami.

 DSC09183a DSC09196a