Wszystko zaczęło się od Kasi, a dokładnie jej mamy. Całogodzinne rozmowy o szkolnictwie i słabych stronach polskiej edukacji (szczypta – TU). Tysiące minut przeznaczonych na analizowanie zalet szkoły, wypunktowanie minusów i rzeczy do zmiany. Miliony słów puszczonych w eter na temat rozwoju mózgu dziecka, zdolności i umiejętności maluchów. Nad ich chęcią zdobywania wiedzy, pasją uczenia się.
Potem przypadkowa rozmowa z dyrektorem Akademii Nauki o alternatywnych, choć bardziej naturalnych formach zdobywania wiedzy. Nie w ten XIX-wieczny sposób, który kultywuje się w naszych szkołach. Poprzez poznawanie, dotykanie, obcowanie. Do tego znowu tajniki naszego mózgu. Uczenie, uczenia się.
Następnie wpadł w moje ręce, wywiad, Profesor Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej, który wbił wielka szpilę w moją głowę. Ponad połowa 5-ciolatków, geniuszy matematyczni vs. szkoła która zabija ich zdolności.
Kolejny był film – Ken Robinson „How schools kill creativity„. Położył mnie na łopatki prostotą formy i głębią treści.
Zadzwoniłam do Agi, bo wiem, że ona także ma odmienny pogląd na szkołę. Pogłębiła moje obawy, rozwiała resztki nadziei, że „jakoś się samo ułoży”.

Mój syn ma lat 6. Ostatnio usłyszałam w przedszkolu, że chyba ma kłopoty z koncentracją uwagi, bo rozrabia na zajęciach. Te słowa zostały wypowiedziane w dobrych intencjach. Ale byłam już wtedy w wirze opisanym powyżej. W silnym przerażeniu o losy mojego dziecka. Bo syn mój nie ma najmniejszych problemów z koncentracją. On ma problem z… nudą.
Nie jestem fanką akcji „ratujmy maluchy”. Niby od czego? Od ich naturalnych i niemierzalnych potrzeb. No chyba, że od systemu. Tu bym przytaknęła. System zabija zdolności i kreatywność naszych dzieci.
Maks za pół roku powinien znaleźć się w placówce. Mój syn, który litery zna od lat kilku. Tak samo cyfry. Liczy.. Nie, nie wylicza- jeden, dwa, trzy i pół. Dodaje, odejmuje. Mnoży. Rozwiązuje zadania matematyczne. Czyta. Sylabizuje acz kiedy nabiera prędkości widać, że niektóre słowa ogarnia jako całość. Wiedzę biologiczną czy geograficzną ma często lepszą niż ja ;). Że o jego pasji do historii nie wspomnę.
I ten mój syn za 6 miesięcy miałby usiąść w ławce i karnie uczyć się przez rok pisać literkę A… potem B. Następnie poznałby cyferkę 1 i może nawet 10. Po kilku miesiącach doszedł by do sylab… może dodawania. Spędzałby w placówce masę dni, setki, tysiące godzin… umierając z nudów.
Nauczyłby się, że pasja, to naturalne parcie na wiedzę, jest nie w porządku i nie ok, bo dziś pani zaplanowała 5-godzinny maraton pisania literki A. Tak, wyolbrzymiam, ale jestem z lekka przerażona. Powróciły me demony przeszłości. I lękam się, że scenariusz mógłby się powtórzyć. A ja tego nie chcę. Nie godzę się na to!

Zadzwoniłam do mojej eko – kuzynki i z lekką zadyszką wysapałam „otwieramy szkołę!”. A jak nie to choć grupę homescholingową. Uśmiechnęła się do telefonu. Chyba czuła, że kiedyś do niej zadzwonię. Lokal już mamy. Zgłębiamy tajniki prawne. Mam silne parcie i motywację. Obym nie poddała się prozie codzienności. Ale pewnie się nie da jak otaczają mnie takie osobowości :)

Póki co moje dzieci uczęszczają na zajęcia nowej generacji. Niesztampowe, nieograniczające i co najważniejsze ciekawe.

1. Mały odkrywca
„Dzieci dysponują potężnymi mechanizmami uczenia się, myślenia, doświadczenia i przebudowywania posiadanej wiedzy. Celem kursu jest nauczenie dzieci czytania w podstawowym zakresie słownictwa, zainteresowanie dziecka słowem pisanym, rozwinięcie inteligencji poznawczej i emocjonalnej oraz wzmocnienie koncentracji, pamięci i chęci odkrywania otaczającego go świata. Poprzez gry i zabawy z wyrazami wzbudzimy zainteresowanie nauką pisania i alfabetem poprzez: pisanie listów, podpisywanie się, lepienie wyrazów z plasteliny, masy solnej. Na naszym Kursie Dziecko uczy się czytać proste książeczki. Każda książeczka opisuje jakąś ciekawostkę przyrodniczą lub geograficzną.”

W praktyce wygląda to nawet lepiej. Maluchy są rewelacyjnie zaangażowane w zajęcia których w zwykłym przedszkolu nie uświadczycie. Robią eksperymenty chemiczne, fizyczne. Uczą się rzeczy, które nie wydają się być oczywiste jeśli rozmyślamy o tym co można by 3-latkowi przekazać. A te dzieci chłoną tę wiedzę. „Mamo, wiesz, że oddychamy płucami?”- to ma sens, myślę. Budowa układu oddechowego. I model. Zdawałoby się, że takich rzeczy szkoła uczy w klasach 4+ podstawówki. Ale niby dlaczego nie wcześniej? Jeśli te maluchy aż przebierają nóżkami, żeby lepiej odpowiedzieć. Nie czują presji, strachu, parcia. Bawią się ucząc. Uczą się, bawiąc. Skaczą po słowach, rysują ‚higienę osobistą’, mieszają składniki w eksperymentach naukowych. Piszczą z radości i każdy chce pomagać.
3-latki! Nie z pasją podchodzą do zajęć innych niż tańce w kółeczko i lepienie plastusiów. W naturalny, oczywisty sposób. Kiedy człowiek na to patrzy, to po plecach przechodzą mu ciarki. Te proste fakty łamią tysiące stereotypów. O rodzicach co to chcą mądrale wychować i ‚męczą dzieci dodatkowymi zajęciami’. O zabijaniu dzieciństwa. Głupoty, bzdury moi drodzy! Wiedza to zabawa. Zabawa to nauka. Jeśli wykażemy choć odrobinę inicjatywy, lub jeśli ktoś nam w tym pomoże, możemy rozkochać nasze dzieci w zdobywaniu nowych umiejętności. A to przy okazji może okazać się sukcesem ich przyszłości.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

2.Robotyka, zajęcia Maksa. Komentarz jest raczej zbędny. Znowu niesztampowe podejście do nauki w połączeniu z tym co młodziaki kochają najbardziej- klocków Lego oraz tego co jest dla nich naturalne- komputerów, programowania, tworzenia.
Maks twierdzi, że to jego ulubiony… sport :)
Efekty jego pracy możecie oglądać TU i TU.

1a 2a 3a 4a 5a 6a 7a