Ile razy spotkałyście się z taką sytuacją? Podchodzi do was stary znajomy, lub mama starego znajomego, ze swoim dzieckiem/wnukiem, żeby je zapoznać z twoją pociechą. Dzieci są w podobnym wieku (na potrzeby tekstu strzelmy lat 6-10). Krótko rozmawiacie, dzieci się bawią, jednak już po kilku chwilach widać, że wasze dzieci dzieli przepaść rozwojowa. Czujesz lekkie skrępowanie, mimo, że to twoje jest tym inteligentniejszym i bardziej otwartym. Wiesz, że osoba na przeciwko też to widzi. Więc kiedy ona  komentuje:
– Ohhh, twoje dziecko to takie mądre, rezolutne i odważne. Świetnie sobie poradzi w szkole. Słyszałam też, że czyta! Super z niego chłopak. Bo nasz to nie.. on to nieśmiały i.. i.. nie taki rozwinięty.
Stoisz i nie wiesz co powiedzieć. Nowoczesna i XXI-wieczna wersja ciebie, każe ci odpowiedzieć po prostu ‚dziękuję’. Jednak polskość jest silniejsza, więc zalewasz się pąsem i odburkujesz:
– Eee no jakoś tak wyszło.

Potem, kiedy wieczorem leżysz w łóżku, nagle czujesz falę złości. Odpowiedź była (politycznie) poprawna, owszem, ale kiedy bierzesz pod uwagę szerszy aspekt sytuacji to masz ochotę wykrzyczeć „g*wno jakoś wyszło!”

Samo nic w życiu nie wychodzi ani się nie robi. Choć szkoda! Czasami chciałabym, żeby mi się coś samo się zrobiło, ale się kurde NIE ROBI.. SAMO!

______________________________

A już szczególnie same nie robią się fajne dzieci. Omińmy sam aspekt produkcji i dostarczenia pociechy. Jednak taki rezolutny 10-latek jest owocem lat, miesięcy i dni rodzicielskiej orki. Już pomijam nieprzespane noce, tysiące wydreptanych kroków kiedy dziecko było noszone, lulane. Pomijam kilometry przejechane wózkiem, przeniesione w chuście.. Setki bluzek z ulewkami, niezliczona ilość wyparzonych butelek i smoczków, łyżek podanej kaszki i zaplutych spodni. Pomazanych ścian, czy rozlanych kubków z sokiem. Ale jest też zwykły aspekt troski, obecności.  Tysiące wycieczek małych i dużych. Miliony słów, uścisków i wsparcia, kiedy było potrzebne. Całusów i ‚ojojania’, gdy pojawiła się kuka.. Bycia zawsze obok lub w tle, kiedy sytuacja tego wymagała. Wypadów do restauracji, muzeum, czy innych miejsc kiedy wszyscy mówili, że po co, że za małe i podrzuć niani, po co się męczyć.

Patrzysz na swoje dziecko, które umie wyartykułować potrzeby, emocje i wspominasz ile książek przeczytałaś o umiejętnościach komunikacji, ile kursów przeszłaś, baaa, ile razy jęzor pogryzłaś, żeby pokazać, że domówić się można bez przemocy. Ile nocy nie spałaś rozmyślając co można ulepszyć, jak jeszcze te małą roślinę wesprzeć, z daleka lub bliska, zależnie od potrzeb. Oddychałaś tysiąc razy, mierzona wzrokiem, przez ‚panie dobra rada’, kiedy twoje dziecko leżało na chodniku krzycząc. A Ty czekałaś niewzruszenie, choć się sama czasami bałaś i być może złościłaś. Ale czekałaś aż Twoje dziecko wstanie i zakomunikuje, że jest już ok, a potem porozmawiacie o lepszych opcjach na wyładowanie złości. Mogłaś szarpać, dać klapsa. Mogłaś nazwać małym draniem co uprzykrza życie, bo miałaś 2 ręce pełne siatek. Ale kiedy poprosiło cię, żebyś je przytuliła, wzięłaś je na ręce. Bo ta potrzeba była większa niż kilogram ziemniaków w reklamówce, czy szacunek w oczach moherowej sąsiadki. I wiesz, że dzięki setkom, tysiącom, milionom oddechów, dziś Twoje dziecko mówi „mamo, ja to sobie przemyślałem i wydaje mi się, że źle postąpiłem w sytuacji xyz, więc chciałem z Tobą o tym porozmawiać, jak powinienem się zachować”, „mamo zraniłaś moje uczucia i jestem bardzo zły!”, „wiem, że nie muszę tego zrobić, ale chciałbym siostrze zrobić przyjemność” lub „jestem taka szczęśliwa mamusiu, kocham cię!”. To tylko przykłady, ale wiesz, że nacodzień Twoje dzieci umieją artykułować potrzeby, problemy i co najważniejsze emocje. Bo kiedyś tam dawno dostały sygnał, że to jest ok. Że można mówić o tym co się czuje, wyrażać emocje.

Wiedzą jak się zachować w wielu sytuacjach, bo zadbałaś, żeby wiedziały. Że w restauracji nie krzyczy się i nie biega. Że kulturalnie jest przepuścić osobę starszą w drzwiach (lub kobietę, jeśli piszemy tu o 10-letnim gentelmenie) czy ustąpić jej miejsca. Wiedzą jak się zachować w samolocie, czy hotelu, bo bywały czasem, na ile ci możliwości finansowe pozwoliły. Umieją podać bilet w kinie, powiedzieć ‚dziękuję’ w kasie. Są zaciekawione światem, który im pokazujesz. Bo pokazujesz! Myślisz i analizujesz co im pokazać. Jaki impuls czy przekaz dać, żeby podążać za ich ciekawością świata. Kupujesz i czytasz im tony książek. Wybierasz zabawki, którymi się pasjonują. Gotujesz zdrowe dania, myśląc o ich zdrowiu.

Teraz odchyl głowę do tyłu, weź głęboki wdech i pomyśl, ile rzeczy zrobiłaś. Niech dojdzie do Ciebie na chwilę ogrom Twej pracy w tworzeniu nowego, świetnego człowieka.

_________________

Więc kiedy następnym razem zapytasz mnie jakaś tam mamo, albo babciu, jak to się stało, że moje takie rozwinięte, a Wasze jakby mniej, to nie zdziw się jak któregoś dnia pęknę, wyjdę z siebie i stanę obok krzycząc ci, że kiedy ty robiłaś tipsy, oglądając serial, kiedy notorycznie podrzucałaś dziecko komukolwiek, kiedy nie było cię obok, bo miałaś imprezy, wyjazdy i inne powinności, kiedy na całe dni sadzałaś je przed telewizorem, ja siedziałam na podłodze i układałam z moim dzieckiem klocki. Szłam do parku i pokazywałam mu drzewa, nazywają każde po kolei. Byłam z nim na wakacjach i fakt, nie odpoczywałam i średnio spałam, ale tą przygodę odbywaliśmy razem. Pokazywałam mu świat będąc obok na każde zawołanie. Zapominając na jakiś czas o sobie i swoich potrzebach.

Dzieci są różne. Ich stopień rozwoju w danym momencie, także. Ale fajne dzieci poznaje się z daleka. Bije od nich jakaś aura wszystkiego dobrego, co otrzymały w życiu do tej pory. A za tymi dobrami zawsze swoi fajny, zaangażowany rodzić. Bo nic w życiu nie robi się samo…

P.S. A tak w ogóle to nie porównuje się dzieci w ich obecności, kurde!