Nadejszla wiekopomna chwila… zwana jesienią.
Ze swoimi przeziębieniami, niską temperaturą oraz wczesnym wieczorem.
Chciał nie chciał, w domu spędzamy więcej czasu niż przywykliśmy. I mimo, że rodzicami nie jesteśmy od wczoraj, pojęcia nie mamy w co tu ręce włożyć i czym młodzian zająć. Wiosna – lato – wczesna jesień wprowadziły nas w stan błogiej amnezji. Dni spędzane w większości na podwórku, wyjazdach i ogólnie aktywnie, sprawiły, że obecnie w domu czujemy się jak piłeczka kauczukowa w klatce.
Czas odświeżyć sobie pamięć i przypomnieć dobre nawyki. Na przykład zajęcia plastyczne, które w okresie letnim, kompletnie nie istniały.

DSC02099a
DSC02105a DSC02107a DSC02111a DSC02115a DSC02119a DSC02121a DSC02122a DSC02128a DSC02133a   DSC02146a DSC02147a
Dziecięta moje artystycznie uzdolnione są mniej więcej jak ich rodzice. Do zajęć plastycznych podchodzą… kreatywnie (jakie piękne słowo na podsumowanie braku jakiegokolwiek talentu ;)).

We wczesnej młodości mego syna, oczytana forami ‚mam wszechwiedzących’ uwierzyłam, że jeśli dziecko jakiegoś zajęcia nielubi, to nie trzeba go zmuszać. Nie – zmuszanie mogłoby stać się moim osobistym sportem, bo idzie mi wręcz doskonale. Nie napoci się człowiek, a i błyśnie w towarzystwie matek, jaki to nowoczesny i wyedukowany.

Ciut, ciuteńkę gorzej jest w momencie kiedy mały, acz niezmuszany geniusz, w przedszkolu zaczyna dawać upust swojej kreatywności. I zawsze, bez czytania podpisów wiesz, która praca jest jego. „Tornado mamo narysowałem! I lawinę.. Woohooo!”. Ehem. „Kochanie a to nie było trzeba po prostu pokolorować misia?”- zapytywałam nieśmiało, bez nacisku. „Tak mamo! Ale nadeszła burza i grad i przyszło tornado, a potem wybuchł wulkan i misia zalała lawa”. Patrzę na obrazek. 250 kresek, nabazgranych w różne świata strony. Przynajmniej wyobraźnia działa jak należy.

Pierwszy rok przedszkolny czekałam na cud. A nóż – widelec, coś zaskoczy i Maks zostanie artystą? O dziwo, tak się nie stało.
Następne 12 m-cy ‚jakoś zleciało’, bo zajęci byliśmy nr. 2 (znanym jako Lenka).
W trzecim roku edukacji przedszkolnej, kiedy Maks zaczął sam czytać i pisać, doznałam olśnienia, że jeśli chodzi o zdolności plastyczne, nic ‚samo się nie zrobi’. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do roboty.

Zaczęliśmy więc ćwiczyć. Pomału, razem, z nagrodą na koniec, kiedy udało się trafić w obiekt kolorowania. Z dnia na dzień było widać postępy. Na początku używając 1-2 kolorów, aby przejść do bardziej skomplikowanych rysunków z małymi elementami do pomalowania. W trakcie kolorowania jednego obrazka, Maks odpoczywał 5x ;). Po skończonej pracy był wycieńczony jakby przebiegł maraton.

Po kilku tygodniach młody sam zaczął się upominać o ‚czas nauki malowania’. Polubił te chwile, które spędzamy sami, robiąc coś razem. A i warsztat artystyczny bardzo się poprawił. Obecnie bardzo lubi zajęcia plastyczne, a na tablicy przedszkolnej czytam podpisy, bo syn mój zdolnościami manualnym dorównał rówieśnikom.

DSC02098a DSC02151a DSC02156a DSC02157a  DSC02164a   DSC02188a DSC02191a DSC02197a DSC02200a DSC02204a
W ostatnim czasie maluchy szaleją na punkcie kolorowanek i naklejek Melissa & Doug.
Firmę znam jeszcze z czasu pobytu w USA i jest to moja wielka miłość. Zabawki, gadżety oraz artykuły plastyczne, zrobione są z niezwykłą starannością, a jakość zabawek bije na głowę wiele innych, modnych firm.
Największym hitem są naklejki wielokrotnego użytku, które wkleja się na załączone na końcu książeczki plansze. Młodziaki znikają na długie godziny.
A czego bardziej potrzebuje matka w długi, jesienny wieczór jak zadowolonego dziecka i możliwości wypicia ciepłego kakao…