„Moi drodzy. Tak wygląda dziecko z traumą blogerską. Nie dajcie się zwieść słodkiemu uśmieszkowi. To POZA. Ojciec z paralizatorem stał z tyłu. To dziecko od świtu do nocy kiwa się w kącie i skubie włosek. A jak osiągnie wiek nastoletni … no właśnie to co?
Hejters noł better!”

1. Wykorzystywanie wizerunku dziecka w sieci.
Cóż za modne hasło. Od razu się czuje człowiek zboczeńcem. Bo wykorzystuje dzieci.
Matki dzieciom fotki robiły od lat. Potem wywoływały je i chwaliły się albumem sąsiadkom lub na zlotach rodzinnych. Goście chcieli, nie chcieli przeglądali focie uroczych maluchów. Często nagich, z gilem lub rajstopą ciągnącą się kilometr za malcem.

Nadszedł jednak XXI wiek ze swoimi dobrodziejstwami, w tym internetem. Mamy zaczęły dzielić się zdjęciami dzieci z szerszym gronem na portalach społecznościowych, e-fotoalbumach, instagramach, pinterestach aż w końcu.. na blogach.

Życie się toczyło, sielanka i fiołeczek, aż w końcu moherowe gwizdy teorii spiskowych orzekły “wykorzystujecie wizerunek swoich dzieci”. Matki w panice rzuciły się do kasowania zdjęć, nie rozumiejąc ani trochę czym te ‘wykorzystywanie’ jest i jak może wpłynąć na ich dzieci. Chcąc być trendy zablokowały profile na siedem kłódek i nawet jak do piaskownicy idą ze swoim dzieciem to zawsze ‘Michale Jackson style’- z płachtą na głowie, bo nie wiadomo, czy za drzewem nie czai się jakaś matka blogerka aka paparazzi i nie zdzieli fotki, wykorzystując potem wizerunek ich dziecka w sieci.

Czym jest jednak to wykorzystywanie? Precyzyjnej definicji brak. Dla jednych to już samo upublicznianie dziecka w sieci, dla drugich ‚budowanie popularności na dziecku’, dla trzecich zaś moment w którym z blogowania dostajecie profity.

2. Dziecko ma swoją godność i może wcale nie chcieć być gwiazdą bloga.
Droga mamo… Może także nie chcieć jeść zupy pomidorowej, jajek, nosić paskudnych sandałków które mu kupujesz. Może wcale nie chcieć chodzić na angielski ani na judo. Może dla odmiany chcieć zostać znanym śpiewakiem, albo gwiazdą Myszki Mickey kiedy ty je przyubierasz go w amiszowe stroje. Może nie chce być wegetarianiem, katolikiem, paralotniarzem. Może chce (lub nie chce) być szczepiony. Może zawsze chciał jeść białe buły, a nie chleb pełnoziarnisty.
Luuz. Wszystkiego dowiemy się w wieku dojrzewania naszych dzieci. Ja np. wypomniałam kiedyś moim rodzicom, że mam traumę i moje życie nie ma sensu, bo … nie miałam klocków Lego. I moi rodzice musieli to jakoś przełknąć. Wciąż żyją. Ja także!
Najważniejszym jest, żebyśmy my (MY, konkretnie my, dopasowane do NASZYCH dzieci) mogły patrzeć w lustro mówiąc “wierzę, że to co robię, jest dla dobra moich dzieci, mojej rodziny”.

3. A Pedofile?
Jest w sieci taka kampania społeczna której nie rozumiem.
Sprowadza się do tego, że za szybkę auta dostaniecie karteczkę z focią dziecka w stroju kąpielowym i podpisem “pervers were here”. I nie urzeka mnie w ogóle ta historia.

Po 1. – dlaczego zdrowa, normalna część społeczeństwa ma wycofywać swoją aktywność (gdziekolwiek by to było) z powodu świrów i patologów? W jakiej innej dziecinie życia przeprowadzono by kampanię nawołującą do opuszczenia miejsca z powodu odmieńców tam przebywających.
Przykład. W ubiegły czwartek, jak stado Białostoczan wybraliśmy się do parku. A tam na środku alejki spacerowej, na ławeczce siedział pijany w sztok pan, z ręką w kieszeni, robiąc to czego maluchy widzieć nie powinny na pewno. Więc ja ogłaszam kampanię społeczną “nie chodź do parku. zbok tam już na ciebie czeka!” i wkleję zdjęcie mojego przerażonego syna na tle tego pana. O! I nie chodź tam. Bo jak wejdziesz to znaczy, że jesteś matką złą i narażającą swoje dziecko

Po 2. Są miejsca w których już wielokrotnie przewinął się wątek pedofilii. Dlaczego nie ma kampanii z ulotkami rozdawanymi przed kościołem “uwaga, pedofile!”.  Dlaczego na plaży nie podchodzą do nas dzielni wolontariusze, żeby uświadomić mamy dzieci biegających jak je Bóg stworzył, że ten miły pan co się tak chowa za kotarą, to ma problem.. dlatego nie wstaje. Dlaczego do plecaków naszych dzieci nie przyczepia się karteczek “woźny to pedzio!”… A przecież o tym wszystkim mówiło się nie raz.

Na dzieci w internecie jest zrobiona nagonka. A piętnować powinno się zachowania niewłaściwe. Edukować społeczeństwo jak reagować kiedy zobaczą, że ktoś łamie prawo. Jakie?

4. NIE KRADNIJ!
– Proszę natychmiast usunąć moje dziecko z aukcji.
– Ależ psze pani.. Nie tym tonem do mnie. Znalazłam fotkę w googlach.
Co najmniej miliard razy usłyszałam to zdanie.
Czy nie mądrzej byłoby zająć się kampanią uświadamiającą społeczeństwo, że to co znajdują w szeroko pojętych ‘googlach’  ZAWSZE JEST CZYJĄŚ WŁASNOŚCIĄ. Z powietrza się tam nie wzięło, z ewolucji ani wybuchów na słońcu także. Ktoś to poczynił, ktoś to wstawił. To coś jest JEGO. Tak jak rower pod klatką i samochód na parkingu. Jego. Czy ktoś wpadłby na pomysł ‚pojeżdżenia’ czyimś quadem tylko dlatego, że stał sobie w parku.. w publicznym miejscu? Owszem, złodziej. I tym złodziejem stajesz się dotykając moich zdjęć.

5. Wszystko jest na sprzedaż.
W to silnie chcą wierzyć hejtersi. “Piszesz o swoich dzieciach wszystko”. Czyli co?
Co dokładnie o mnie wiecie? Ile mam lat (brrrr, ale tajemna wiedza). W jakim mieście mieszkam. Że mam dzieci (Maksia i Lenkę). Że Lenka ma naczynaiaka (cóż, ta bystrość ;)).

Bloger pokazuje Ci tylko to co chce. I uwierzcie mi, nie wiecie o tych ludziach nawet 20% prawdy (nie żeby kłamali ;).

6. Kiedyś ktoś to wykorzysta przeciwko dzieciom.
Za 10 lat Lenka będzie miała lat 12 a Maksio 15. Potencjalnie będą już odbiorcami treści netowych (kontrolowanych przez ich rodziców). Hejterzy wróżą moim dzieciom załamania nerwowe i rychłe samobójstwa. Dlaczego? Cytuję “Jak będzie się Pani czuła kiedy dzieci_koledzy Pani syna będą się śmiały z tego że przeczytają w necie że Maka mama miała okres?”. Przeczytałam to i siedziałam z miną —> O_O przez 5 min. Potem przeczytałam jeszcze z 10x, żeby przeanalizować kontekst. Niestety wciąż nic nowego.

I nie wiem, czy ja nadto miejska, nowoczesna jestem. Czy moi rodzice popełnili jakiś błąd. Ale ja nie wiem co jest szokującego w informacji, że czyjaś mama miała okres. Już pomijam fakt, że absolutnym żartem i brakiem rozeznania w poruszaniu się w internecie oraz wiedzy co dzieje się z wiadomością na Facebooku po 2 dniach (o 10 latach nie wspominając). Ale to jest taki szok i trauma? Wybaczcie moje dziecko JUŻ wie, że miewam okres (kidy nie jestem w ciąży). Przez te 10 lat mam zamiar edukować go anatomicznie i seksualnie. Więc nie zemdleje z szoku łapiąc takiego newsa.

I  myślę, że polemika jest tu zbędna. Każdy ma własne fobie. Zabronić nikomu nie można, leczyć się nakazać także. Są mamy które puszczą dziecko na drabinki, są i takie które będą je prowadzać za rękę do 6 r.ż. Są mamy które karmią parówkami i takie które krowę na balkonie hodują, żeby pozyskać eko – mleko. Są mamy które wychowują otwarte na świat i ludzi dzieci, maluchy które mówią ‘dzień dobry’ w sklepie, które są pupilkami pań, maluchy które widzą świat jako wielką przygodę. Są także dzieci takie, które dzięki swoim rodzicom są wycofane, bojaźliwe. Świat dla nich jest poligonem i na każdym rogu czyha niebezpieczeństwo.

Czy otoczenie jest inne dla tych dwojga dzieci? Nie. Każde z nich może jutro wpaść pod tramwaj.

7. Haters know better
To jest rozdział dla mnie najtrudniejszy. Od dwóch tygodni rozmyślam co ze mną jest nie tak. Bo coś jest na pewno, jako, że nie czuję w ogóle pociągu do hejtowania czegokolwiek. To dziwne. To się na pewno jakoś leczy. Rozważałam różne przypadki. Do głowy mi przyszło nawet czy mi mąż jakiegoś naparu z ziół nie robi o poranku, że ja ten świat w takich uroczych barwach widzę. Czy moje tabletki z Omega 3 nie mają jakiś skutków ubocznych w postaci narastającego różowego bielma na oku. Dumam, analizuję. Rodzice moi są ‘polscy’. Lubią ponarzekać. Ani mędzić ani tego słuchać, nie lubię. Nie doznaję ekstazy z rekreacyjnego pojechania komuś…

Hejterzy są jak bakterie. Pisał o tym Kominek tu i mówił tu. Zgadzam się z każdym słowem.

Ostatnio weszłam na fp/insta moich blogowych koleżanek. Różnią się od siebie jak Rosja od Ameryki (nie każcie mi mówić kto jest Matką Rasiją w tym układzie ;)). Obydwie oberwały od ‘wiedzących lepiej’. Potworze kazano pisać na jej własnym blogu coś innego (poprosiłabym o dokładny rozpis tematów notek ;)), zaś Ani zarzucono, że ‚jest złą matką, dziecko będzie miało zryty beret’ i ‘jak można tak wyglądać’. Z tym ostatnim się zgadzam. No bez przesady, żeby być matką i tak wyglądać.. Powinna mieć co najmniej z 10 kg więcej, odrobinę choć rozstępów, jakiegoś pryszcza i stanoooowczo krótsze nogi. Wtedy by byłą jak znalazł :). A tak to współczuję jej szczerze. Sama bym się hejtowała w lustrze tak wyglądając.

A tak na poważnie. Obydwie dziewczyny są młode, piękne i robią to co lubią. ‘No jak one mogą?’- myśli hejter. ‘Ja już im powiem co o nich myślę’. I mówi, trzepie jęzorem, uzewnętrznia się na blogu, fp, insta.. gdzie się da. Jak moderacja włączona to choć na innym blogasku jak coś napiszą o obiekcie hejtowania. Ulżyć sobie, poczuć ekstazę z upodlenia kogoś.
Wszystkim im zalecam pewną maść.

Ale żeby nie było tak sielankowo, to zdradzę wam, że kiedyś byłam czymś w rodzaju hejtera.. Było to lat temu kilka, kiedy za dużo czasu spędzałam na forum ‘Małe dziecko’. Dwa posty (w których zostaniesz zryta z ziemią) wystarczą osobie inteligentnej żeby wczuć się w klimat. A żem bystra z natury to się wciągnęłam. Zasada jest prosta. Hejtujesz każdego, za wszystko, im mocniej tym lepiej. Wciągająca historia.

Wyrosłam. Mam obrzydzenie do takich słownych burd. To poniżające i prostackie, mimo, że mamy tam obecne są osobami wykształconymi i inteligentnymi (w sumie to powinnam pisać o wszystkim w czasie przeszłym, bo nie zaglądam tam od dawien dawna).
Niestety nie pamiętam co wtedy czułam jako, że obecnie hejterów nie rozumiem.

Teraz odzywa się we mnie ukryty mnich szaolin mówiący: “pogłaszcz idiotę po głowie i pomyśl jak on ma w życiu ciężko, żeby poniżać się biegając po blogach i ubliżając ludziom”.

8. To czym jest ten (w znaczeniu, każdy) blog?
Moim domem. Tu obowiązują moje zasady.
Cudze blogi NIE SĄ miejscem w którym TY możesz napisać co chcesz. Błądzisz jeśli myślisz, że na blogasku panuje wolność słowa i myśli.
Czy komukolwiek przyszłoby na myśl wprowadzać swoje rządy w czyjejś chałupie. Opiniować wystrój wnętrza, zapach, członków rodziny, psa czy kota?
Blog różni się tylko tym, że bloger pozwala wam popatrzeć, poczytać… to na co pozwala.
Na jego warunkach, jego podwórku, jego zasadach. Jeśli chcecie opiniować, załóżcie swoje blogi.

Generalnie przesłanie moje jest takie. Spróbuj hejterze żyć i dać żyć innym (w tym blogerkom).

Wypisz SWOJE problemy na kartce, powieś na lodówce i od dziś zacznij je rozwiązywać. Nie wychowuj mi dziecka CZŁOWIEKU (to hasło popełnione przez Klockową stało się już przysłowiem narodowym)! Zajmij się swoim podwórkiem, młodzianem, mężem. Znajdź pomysł na siebie. Nie marnuj czasu rzucając w ludzi błotem. Otocz się osobami pozytywnie nastawionymi do świata, do ludzi. I tak wychowuj SWOJE dziecko.
Zrób coś innego, innowacyjnego, kreatywnego i .. poczuj hejt na swej skórze. Uwierz mi, wyleczysz się z bycia jednym z nich raz na zawsze.

Ja jestem pewna tego co robię, szczęścia moich dzieci. Co najważniejsze CZUWAM i ja i mój mąż. Bo dobro naszych maluchów jest naszym priorytetem. I nie zamierzam się więcej z tego tłumaczyć. To, że poruszam się w tematach, których nie rozumiesz, nie daje ci prawa opiniowania moich zachowań (na moim blogu), co gorsza, ubliżania mi lub moim dzieciom (tak ustanawia prawo polskie i nie zawaham się go użyć w sądzie).
Chcesz ratować świat i biedne dzieci? Wyceluj swoją energię w te naprawdę pokrzywdzone – bite, maltretowane, biedne, głodne, bezdomne, ograbione z rodziny.

I na koniec cytat MAŁEJszafy: “Mam wrażenie, że niektórym WYDAJE SIĘ, że kochają, dbają i martwią się o dzieci blogujących mam bardziej niż one same.” Cóż.. nic dodać, nic ująć.