DSC03123a

I kiedy myślisz, że ciężej być nie może… Kiedy wydaje ci się, że widzisz prostą czy światło na końcu szlaku. Właśnie wtedy dostajesz w łeb. Najmocniej…

Chciałabym poukładać sprawy, bo w chaosie się gubię. Chciałabym ‘odpuścić’, zwolnić, mieć czas i miejsce w głowie. Tylko z czego zrezygnować?

Pierwszy raz doznałam paniki związanej z brakiem wolnego miejsca w głowie.
To był zwykły dzień. Sobota. Sprzątałam dół naszego mieszkania. [Pani która nam pomaga, miała zabieg operacyjny i nie może przychodzić, a nie chcę nikogo obcego. Wstaję więc w każdą sobotę o 6 rano, żeby uwinąć się do 15 z robotą. Żeby choć popołudnie móc spędzić z rodziną.] W jednym kącie zobaczyłam stertę papierów – trzeba je zanieść do urzędu. Obok leżały katalogi – wybrać drzwi i bramę.. 8-12 tygodni oczekiwania.. czy zdążymy przed zimą?

Spojrzałam na kalendarz. Znowu przegapiliśmy zajęcia Maka. Prasowania i zmywania sterta, na blogu pajęczyna i piec kaflowy trzeba rozrysować i zamówić. A i płot okazał się za drogi.. Może do tartaku zadzwonić? Czuć było, że obiad się pali. I posadzki nie obeschną jeśli nie wstawi się osuszaczy i pieca. Tego na pellet, bo gazu nie podłączyli. PT znowu wyjeżdża w delegację. Trzeba z maluchami gdzieś wyjść…

I wtedy to poczułam. Overload. Mój mózg nie był w stanie przyjąć ani jednej informacji więcej.

To chyba ludzie nazywają atakiem paniki. Choć zawsze wydawało mi się, że ma to związek z emocjami. U mnie nie miało. Fizycznie poczułam jak ‘skończyło mi się miejsce na dysku’. Mój mózg się zawiesił. Odmówił przyjęcia jakiejkolwiek informacji. Nie ważne czy błahej czy ważącej życie. Rozsypałam się na pierdyliard kawałków bez żadnego powodu. Bez ‘zapalnika’. Ot sprzątałam, analizowałam, układałam w głowie i …
PT spojrzał na mnie przerażony. Nie jestem typem płaczki, więc był to dla niego znak, że jest źle.

Las! Las zawsze działa na wszystkie problemy.
Rodzinny spacer. Poszukiwania grzybów… I radosne maluchy które w końcu mogłam zobaczyć. Nie widzieć w przelocie, nie zajmować się bo trzeba dać jeść i położyć spać.
Zobaczyć. Zauważyć jak bardzo kleją się do mnie w ostatnim czasie. Wołają każdej nocy po 3-5x, czego nie robiły od dawien dawna. A ja skonana po całym dniu biegam z jednego łóżka do drugiego, bo ‘tylko mama! mamę chcę!”.

“To tylko chwilka moje maluchy. Ostatni moment i wszystko wróci do starego biegu. Ulepimy bałwana na tarasie, zabawimy się w wojnę na śnieżki, moknąć do bielizny. Potem zawiniemy się w koce i będziemy pić kakao przy kominku. Wiosną będziemy spędzać całe dni w ogrodzie, zrobimy ognisko i zaprosimy wszystkich waszych kolegów. Rozstawimy basen, zrobimy plac zabaw i będziemy spędzać razem duuużo czasu!
Jeszcze tylko kilka miesięcy… Wytrzymajcie”
Nie wiem czy to powiedziałam, czy tylko pomyślałam. Nie wiem co by zrozumieli.. Chyba niewiele.

Któregoś dnia jadąc do przedszkola rozmawiałam z Makim:
– Synku czy widzisz, że rodzice są ostatnio bardzo zajęci, zabiegani. Mama często wraca tak późno, że daje wam tylko buziaka na dobranoc, bo wybiera w sklepach wszystko co jest potrzebne do nowego domku. Rodzice czasem podnoszą głos, ale to nie kłótnie. To stres i nerwy, bo chcemy szybko wybudować nasz domek, a to kosztuje dużo pieniążków. Mama i tatuś muszą dokonywać różnych wyborów i muszą zrobić to szybko, ale to ostatnie miesiące. To niedługo się skończy. Już po zimie będziemy mieszkać w nowym domku ( tu opisuję dom w superlatywach). Czy rozumiesz to synku? (staram się nie rozklejać, ale słabo mi idzie)
– Mamo.. A czy jak wydajecie dużo pieniążków na dom to znaczy, że nie starczy dla nas na lizaki?
– (już sama nie wiem czy śmieję się czy płaczę) Na lizaki starczy zawsze. Choć w sumie wiesz, że mamusia i tak nie pozwala wam ich jeść zbyt często. Chodzi o czas, że mamy go mniej, a mamusia chciałaby spędzać go więcej z wami.
– Ale wciąż będziesz miała czas robić mi kanapki z serem i kakao?
– (ze śmiecho-płaczu prawie spowodowałam wypadek) Tak syneczku! Kanapki, kakao i co jakiś czas lizaki. To będzie zawsze.

Staram się jak mogę. Stanowczo łatwiej byłoby mi w tym momencie gdybym nie była taką matką – kwoką. Przecież tysiące kobiet pracuje po kilka, kilkanaście godzin dziennie. Wiele z nich wyjeżdża w częste delegacje, nie widząc maluchów po kilka dni. Dlaczego ja tak nie mam? Dlaczego po kilku dniach przymusowego pędu, tęsknię za młodymi jak szalona i czuję zalew wyrzutów sumienia?! Rozmawiałam o tym dużo z Kasią. Bo czy wiecie, że Mak przez pierwsze lata chodził do przedszkola na 3 godziny. Bo już w południe umierałam z tęsknoty i wyrzutów sumienia? I nie wiedziałam latem czy dam radę zostawić Lenkę. Kasia, której córeczka zostaje w placówce do późnych godzin popołudniowych, tłumaczyła mi, że to jest normalne i dobre dla dziecka. Że mam pracę i budowę i tysiące innych tematów i jak nie chcę się zarżnąć to muszę się przełamać. Przeczytałam jakoś w tym okresie post Agi. Była u mnie kilka dni wcześniej. Siedziałyśmy do późnych godzin wieczornych, a ona potem jeszcze do Warszawy jechać musiała.
Matrony – czytałam i myślałam.. że ja w ogóle tak nie mam. Ja tam mogę gadać o dzieciach całe dni. Uwielbiam moje dzieci. A kto by nie chciał rozmawiać o tym co uwielbia? Czy coś ze mną w związku z tym nie tak? Wciąż rozwijam się zawodowo, kocham swoją pracę, lubię się bawić i chodzę na imprezy. Nawet samotne wyjazdy się nam z PT zdarzają.
Jednak to wciąż dzieci, maluchy moje są dla mnie dobrem najlepszym, najważniejszym. Nic nie stoi obok, ani nawet blisko. Są centrum mojego wszechświata. Reszta to opcjonalne orbity.

Pewnie dlatego jest mi teraz tak ciężko. Jestem istotą niesamowicie rodzinną i (z przymusu) na tą rodzinę nie mam czasu.. Chwilowo. Tylko chwilowo.

…..
Oby zdrowie wszystkim dopisywało. Bo to nie może dziać się znowu.. W tym wszystkim.. NIE MOŻE! Niech okaże się pomyłką… Choć ten jeden raz.

 DSC03117a  DSC03162a DSC03172a