DSC01813a

DSC01804a

To było dwa tygodnie temu. Ot, z dnia na dzień, choć myśl kiełkowała już od jakiegoś czasu.

Postanowiłam zabrać moją mamę do stolicy na dwa dni. Plan był taki, że mamy pławić się w luksusie, pić szampana o północy, robić nieprzyzwoite zakupy i ogólnie… odstresować się. Należało się jej. W tym roku straciła ostatniego rodzica. Pożegnanie było długie i bolesne. Chciałam też po prostu spędzić z Nią czas. Nie taki w locie pomiędzy “Lenka jadła śniadanie, odbiorę ją po 15” lub “halo, dzięki za obiad, możemy podrzucić dzieci wieczorem na godzinkę”. Bo często mijają tygodnie, a człowiek dostrzega, że z bliskimi porozumiewa się za pomocą komend. Czas pędzi, zawsze jest go za mało, a my tracimy chwile i momenty… A ja upieram się je łapać, zbierać i kolekcjonować.

Więc pojechałyśmy. Spacerowałyśmy do woli po Ikea, piłyśmy dobrą kawę i wino w środku dnia. Byłyśmy w kinie i włóczyłyśmy się ulicami późnych godzin nocnych. Rozmawiałyśmy, sprzeczałyśmy się z uśmiechem, poznawałyśmy się… Tak poznawałyśmy aktualne wersje nas. Uwielbiałam każdą minutę tego wyjazdu. Wtorek i środę.

W piątek mama miała udar.

Dostałam informację od znajomej, że mama nie może mówić, że drętwieje jej twarz. Że idzie z moimi dziećmi do domu. Pobiegłam jak stałam. Nieadekwatnie ubrana, rozczochrana. Złapałam ich pod domem rodziców. Mama oczywiście jak człowiek z memów internetowych o kobietach po zawale, musiała jeszcze zrobić tysiąc rzeczy i potem planowała wybrać się do lekarza. Nakazałam jej jak dziecku wsiadać do samochodu i zabrałam ją do lekarza. Stamtąd już odebrała ją karetka. Lenka widząc babcię wsiadającą do oznakowanego pojazdu z „kogutem” dostała ataku spazmów i krzyczała “babcia, babcia! gdzie jedzie babcia”. Myślałam, że oszaleję z nerwów i rozpaczy, bo nawet (jako, że byłam sama z maluchami) nie mogłam jechać z mamą. I kiedy z płaczącą Lenką i przerażonym Makim wracałam do domu myślałam tylko o jednym.. Jak dobrze trafiłam z tym wyjazdem. Jak dziwnie, trochę złowieszczo złapałam chwilę i moment.

Z mamą jest już dobrze. Odzyskała sprawność. Udar był lekki i szybko opanowany.
A powyższe wydarzenia są sprzed 2 tygodni. Nie przyznałam się wam do nich wtedy, więc dlaczego piszę o tym teraz? Żeby przypomnieć Wam jak ważne są te momenty. Ten “wysiłek” żeby wygospodarować czas na telefon do rodziców, wieczorne rozmowy z mężem, czy wspólne wyjście we dwoje. Rzeczy nieprzeliczalne i nieporównywalne z następną złotówką na koncie czy godziną spędzoną w pracy.

Mam dobre, cudowne życie, ale szczęśliwie nie ograbiło mnie z tych bolesnych doświadczeń. Bo one właśnie nauczyły mnie doceniać ludzi i czas jako dobra najwyższe. Kiedy czekałam na moją mamą na bloku operacyjnym w trakcie jej pierwszej operacji onkologicznej oddałabym każdą złotówkę za to żeby wyjechała zdrowa/żywa. I kiedy okazało, że że jest całkiem dobrze, stałam nad łóżkiem i obiecywałam jej tysiące wspólnych wyjazdów i spotkań i imprez rodzinnych. Obiecywałam jej wnuki i gwar przy rodzinnym stole. I po 6 latach mogę powiedzieć, że dotrzymuję tych obietnic. Chwytam każdą chwilę i wiem, że “ukradłam” już 6 lat!

Jestem szczęściarą bo mam męża który do tematu podchodzi tak samo. Bo mógłby kalkulować czy “opłaca się” wyjść z rodziną do restauracji, czy warto gdzieś pojechać, pobyć razem czy lepiej podliczyć $ na koncie. Ale nie.. W środku budowy i całego zamieszania on z błyszczącymi oczami mówi mi, że “nie zapomniał.. że to 8 lat po ślubie”, więc lecimy. Tym razem Wenecja. Ot na kilka dni, żeby pobyć razem. Bo nawet sama podróż to już przygoda i czas spędzony tylko we dwoje.

Więc ruszam dziś łapać moje chwile z mężem, a Was zostawiam z wolnym weekendem.
Jak go spożytkujecie?

DSC01805aDSC01811a
DSC01837a DSC01839a