DSC06083aa   DSC06156aa  Jako jedynaczka, zawsze chciałam mieć liczną rodzinę. Gwar przy stole, talerzy mnóstwo, hałas zabaw, masa butów przy drzwiach. W kolejności ubierane kurtki i plecaki. Jedno jeszcze nie uczesane, a inne bez skarpety. To chce pić, a tamto zęby myje.
A Kevin został sam w domu…

Tyle, że tak sielsko wygląda to głównie na filmach. Potem przychodzi życie i okazuje się, że po tym śniadaniu sprzątać trzeba z godzinę. Te buty czyścić, impregnować i w rządki ustawiać. Ubieranie to wojenka lub gonitwa i bieg przełajowy. Że włosy posklejane cukierkiem, a skarpetki zawsze nie do pary. A ten gwar i hałas.. On jest. I marzenie wieczorne jedno, żeby już ustał. Siąść z herbatą i słuchać ciszy..

Więc moja liczna rodzina najprawdopodobniej będzie czteroosobowa. I mam, czasami mam chęć i ochotę i wizje tych nóżek malutkich i brzucha co go dumnie prężyć można, ale potem przyjeżdżają do mnie moje przyjaciółki. I wieczorem po ich wizycie, po palcach na każdej szybie odbitych, po pizzy pod stołem i w dywan wtartej, po bałaganie który kilka godzin sprzątać trzeba, po 20 kubkach, 40 talerzykach, po hałasie bez chwili wytchnienia, kiwam się z kubkiem herbaty w koc zawinięta i powtarzam „two is enough”. Bo to nie wyścig ani konkurs „kto ma więcej”. Bo trzeba mieć mądrość i szacunek dla samej siebie, żeby nie zatracić przyjemności wynikającej z bycia mamą.

Ale jeśli ‚los’ zadecyduje inaczej przyjmiemy Cię maluszku z otwartymi ramionami…

DSC06176aaDSC06196aaDSC06183aaNa zdjęciach: Lenka (w sukience MOI), Kinga (w sukience Zara), Patrysia i Kuba

DSC06192aa