poród, roczek, wcześniak, wcześniaki, cesarskie cięcie, odejście wód płodowych

poród, roczek, wcześniak, wcześniaki, cesarskie cięcie, odejście wód płodowych

Rok temu zostałam mamą po raz drugi.
Jednak tak jak poród Maka w moich wspomnieniach jest dość naturalny i spokojny, tak ten Makóweczki wzrusza mnie zawsze. Bo śmiem twierdzić, że swą intuicją, próżnością, czy uporem podarowałam jej życie jakby dwukrotnie.

9.12.11 od godziny 14 leżałam na porodówce.
Roześmiana, bo skurczów 0 mimo litrów oksytocyny.
Zawsze z Panem Tatą, wspominając śmiejemy się, że mamy najzabawniejsze filmiki z porodu :).
Dopadła nas głupawka totalna. Bo czuliśmy, że TO JUŻ..
Po trudach związanych z ciążą nagrodą miała być maleńka córeczka.. i co by się nie wydarzyło TEN moment nadchodził. O godzinie 17.15 na świat przyszła Makóweczka.

Cudem.

A brakowało niewiele, aby…

Wtorek  06.12.2011 miał być udanym dniem. Po wyprawieniu chłopaków do pracy/przedszkola zaczęłam szykować się do wyjścia. Na godzinę 10.00 miałam umówione USG. Było ono nadliczbowe, ponieważ ‘ustawowo’ wizytę lekarz umówił mi na 17.12.11.
Jednak był początek miesiąca, portfel nie świecił pustkami, więc postanowiłam zrobić sobie prezent w postaci zdjęć 4D, Makóweczki.
Ot, z próżności, miłości, chęci podejrzenia co u małej..
Wybrałam Panią dr. M. która słynie z wykonywania rewelacyjnego USG. Z resztą byliśmy u niej na ‘połówkowym’ .. mądra, zdolna, cierpliwa kobieta.

Bardzo się śpieszyłam bo na 11 miałam umówioną wizytę u fryzjera (trzeba jakoś wyglądać na porodówce ;)). Zajechałam pod Klinikę, poczłapałam szybciutko po schodach bujając się na boki, a tam.. moja lekarka robiła nagłą cesarkę. Poślizg, najmniej godzinny. Zadzwoniłam do Pana Taty, co by zadzwonił do Błażeja (fryzjera) i ubłagał go żeby przyjął mnie godzinę później. Pan Tata był lekko poddenerwowany, że w 36 tc. muszę tyle czekać i to ‘niewiadomopoco’ ..
Intuicja kazała mi stać w miejscu (siedzieć było ciężej).
Po 11 przyszła Pani dr. M.
Z miejsca zasypałam ją pytaniami: ‘A czy mogę rodzić naturalnie jak miałam cc?’, ‘A czy widać czy szew się nie rozchodzi?’, ‘Jak z dzieckiem? Duże? Wciąż dziewczynka?’.. I tysiąc innych.
Pani dr. M. maca mnie głowicą ultrasonografu i milczy..

Miliczy..

Milczy!!!

Zaczyna spokojnie:
-Czy czuła pani odejście wód?
Że co słucham? Jakich wód? To 36 tc!! I to nawet nie skończony..
– Nie?
– A jakie AFI było na wizycie 2 tyg. temu?
– Czternaście – odpowiadam, dumna, że zawsze studiuję opisy USG z wielką dbałością, ucząc się ich na pamięć
– Bo wie pani… obecnie AFI wynosi niecałe 5.. i dziecko przestało rosnąć, waży 2300, może coś z nerkami…Tak czy siak trzeba będzie zakończyć ciążę. Zaraz wezwę na konsultację pani lekarza prowadzącego.

Cisza..
Nic nie słyszę.
W głowie tylko ‘nie rośnie’.. ‘coś z nerkami’.. ‘zakończyć ciążę’.
Dlaczego w takim momencie jestem sama?

Prowadzący przytaknął tylko zaleceniom Pani dr. M. Dostałam skierowanie i .. sama pojechałam na porodówkę. To był nasz główny żart przez 8 m-cy ciąży.. Jako, że Pan Tata nie pracuje w mieście naszego zamieszkania (a godzinę drogi stąd) śmialiśmy się, że przyjdzie mi samej jechać do porodu.
No i wykrakaliśmy.
W drodze szybki telefon do Pana Taty „kochanie, usiądź spokojnie.. rodzę!!” i do fryzjera „guess what?” a on „rodzisz?” :D.. Potem wielkie poszukiwania szpitala.. bo wyburzyli front i wiedziałam gdzie wejść (plan był taki, że miałam rodzić w Klinice, ale oni odbierają porody tylko po 36 tc. i dziecko ma ważyć więcej niż 2,5 kg.).

Dalej to już biurokracja i polska opieka zdrowotna. Trzy dni mnie jeszcze trzymali. Trzy dni oczekiwania.. nie wiadomo na co (a może właśnie wiadomo?).. Setki pytań: „czy chce pani cesarkę?”. Chcę, odpowiadałam. Ale jakoś nie nadchodziła. W końcu kazano mi rodzić. Pan Tata pytał czy pomóc, czy iść do lekarza i ‘przekonać’ go do cc. Ale jako, że miałam już z nim do czynienia i niechęć ma sięgała zenitu zabroniłam mu dawania czegokolwiek. Poszłam dzielnie na porodówkę, i ‘rodziłam’ 4h. Skurczu nie miałam żadnego mimo litrów oksy które we mnie wpompowali. Następnie inna zmiana lekarzy spytała czy chcę cc i z uśmiechem kiwnęłam głową.

A na sali działy się cuda, już tylko te pozytywne..
W pięć minut wyjęto Lenkę. Pierwsze co pamiętam to jej włosy.. czarne jak węgiel.
Krzyczała strasznie głośno, zupełnie nie jak jej brat, który milczał i patrzył w powadze.
Obróciłam głowę w prawo.. tam ją zanieśli, zważyli. „Dwa, sześćset..! I wygląda na donoszoną.. całkiem grubiutka.” Po czym przynieśli mi ją całą w białej mazi na pierś. „A teraz całować kruszynkę Pani W. .. buźka do buźki”. Ten zapach.. Leżała tak ze mną do końca szycia. A potem zabrali ją do inkubatora. Bo jakby nie było, była wcześniakiem. Wcześniej tylko Pan Tata dostał do obejrzenia i zachwytów.

Następnego dnia z rana podreptałam do małej. Bez zgód, próśb i pytań. To w końcu MOJE dziecko. Usiadłam przy inkubatorze i z siłą najmocniejszą zabolało mnie, że ona jest .. za szybką. Chyba było widać rozpacz w mych oczach, bo pielęgniarka po chwili dała mi maleńką do karmienia. Najpiękniejsza chwila na świecie..

Wtedy zrozumiałam, że co by się już nie działo to JĄ MAM!
Jest z nami, cała i zdrowa.. trochę mniejsza i z nadliczbowymi plamkami, ale żyje!

A gdybym nie poszła na to USG…