To że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, wiadomo. I pupę każdy z tyłu ma… własną. Głodny sytego nie pojmie, bogaty – biednego, biały – kolorowego… i niedzieciaty – dzieciatego.

Nie pojmą, nie ogarną. Bo w skórę czyjąś wejść się nie da. A rozmyślać za bardzo o bliźnim to takie mało hipsterskie. Lepiej ulać sobie na blogu porcję żółci i jak ręką odjął.

Nie wiem od kiedy jestem tak empatyczna. Kłamałabym, gdybym rzekła, że od pierwszego dnia kiedy stałam się matką. Bo pisałam Wam kiedyś, że byłam “wszechwiedząca”, na forach mądrzyłam się jak pawik z piórkiem w odwłoku. Ale potem mi przeszło. Bo zaczęłam widzieć świat. Nie patrzeć sobie przez różowe okularki własnej próżności i świata zawężonego do M2. Tylko pod różnym kątem. Jako kobieta, żona, matka dziecka zdrowego, ale także chorego. Jako córka walcząca o życie matki. Jako pracownik, pracodawca, uczestnik życia społecznego.

I nic od tego czasu nie jest dla mnie czarno – białe. Nic. Jeśli mi się wydaje, że coś jest czarne i i powinno się do tego strzelać, policzkuję się w myślach i uparcie staram się spojrzeć na sytuację inaczej, głębiej. Bo każdy (kierowca) wie, że kiedy jedzie autem to piesi jak durni rzucają się pod koła. Ci beznadziejni piesi, święte krowy, małpy i szlag by ich! Jednak w momencie kiedy parkuje auto i staje na przejściu, nagle okazuje się że samochody pędzą.. jako one pędzą i jeżdżą jak idioci, nie przepuszczą nikogo, nawet na pasach…

Pewnego dnia natrafiłam a artykuł. Kolegi. Blogera. Zanim go zjecie i wychłostacie to powiem wam, że to fajny chłopak. Choć za dobrze się nie znamy ale po kilku słowach i jednym spojrzeniu w oczy widać było że to chłop do kochania (zdaje się wciąż wolny, kochane, ‚niemężate’ czytelniczki). I wiem, że może nie napisał złośliwie, jednak nie sprawia, to że artykuł jest mniej przerażający. Już sam tytuł “Matki z dziećmi jak krowy na zielonej łące” sprawia, że mam ochotę mu strzelić z bańki. Potem jest tylko gorzej. Bo jak my paskudne, wredne i znudzone matrony możemy zajmować niewłaściwe pozycje czy miejsca w tramwaju/autobusie. Jak dzieci nasze niewychowane biegać mogą po rowerówce. I w ogóle co my sobie myślimy..

Sytuacje obydwie akurat mnie dotyczą (/dotyczyły). I tak jak pierwsza z nich przytrafiła mi się dawno temu tak drugą od jakiegoś czasu chcę opisać. Wstrzymywałam się jednak, a może po prostu zapomniałam. Dziś to ja pozwolę sobie na ulanie jadu i matczynej rozpaczy.

Rok 2009. Bezrobotna od kilku dni wybrałam się z malutkim Maksiem podpisać papiery w Urzędzie Pracy. Auta nie posiadałam, więc wybrałam się na wycieczkę autobusem. Bagatela, ze 30 minut jazdy, więc spakowałam się jak normalny człowiek na tygodniową wycieczkę. Mleko, przekąski do rączki, pieluszki, woda, ubranko na zmianę, smoczek, kocyk. Wózek miałam z tych typu “czołg”, 20 kilo lekką ręką. Ale jak daj Boże nie było schodów to wjeżdżał do autobusu całkiem dziarsko. Zaparkowałam na miejscu dla matek/inwalidów (przecież to prawie to samo). Wcisnęłam hamulec i zanurkowałam w poszukiwaniu biletu. Nagle na następnym przystanku (a wyruszałam z końcowego) wsiadło milion ludzi. Kasownika obok nigdzie. Opcje były dwie – poprosić kogoś o skasowanie, albo porzucić małoletniego. Wybrałam opcję pierwszą. Potem już z górki. Tylko trochę płaczu, noszenia na rękach, ze 3 prawie – wywrotki na zakrętach/hamowaniu. I byliśmy na miejscu. Nasz przystanek. Stanęłam w gotowości do wysiadania. Zanim drzwi się otworzyły już zaczęłam “przepraszać, przepraszać, przepraszać, bo wysiadamyyyy”. Wszyscy się cofnęli. Ustąpili miejsca mi i mojemu gigantowi- wózkowi. Na centymetr. Na 1/10 kroku w tył. Na delikatne muśnięcie wiatru, odgięcie rzęsy. A ja jak stałam, jak ten debil, tak zostałam. Mimo głośniejszych “przepraszań” i “halo, muszę wyjechać”. Zostałam. Drzwi się zamknęły. Ktoś tam coś krzyknął, że halo, ktoś nie wysiadł, ale kto by się tym przejmował. A ja przecież nie porzucę dziecka i nie pobiegnę prosić o podwiezienie w tył. Więc pojechałam piękny przystaneczek z dwoma ‚ślimakami’ i brakiem możliwości dojścia pieszo. W następnym autobusie ustawiłam się już przy wyjściu i kasowniku. Pewnie wtedy zobaczył mnie jakiś “Kamil z socialtalk.pl” i napisał o mnie na swoim blogu.. jaka to krowa jestem i jak życie ludziom utrudniam.
[Drugi raz do UP pojechałam z Makim w chuście co było jeszcze głupszym posunięciem, ale o tym innym razem.]

Droga rowerowa. Pod moim balkonem. Nówka sztuka, unijna, szeroka, nowoczesna. Widzieliście ją pewnie miliard razy na blogu, ale powiedzmy, że ładnie prezentuje się TU.
Jest z nami od nie dawna. Chyba od roku. Wcześniej był tylko chodnik. Chodnik po którym moje dzieci chodziły codziennie do babci, do przedszkola i do sklepu. W sumie to chodziły (i chodzą) nim wszędzie, bo to jest jedyna droga od nas do “ludzkości”. I nagle chodnik zmieniono na drogę rowerową, czerwony pas (który nie do końca wiadomo do czego służy) oraz kilka płytek. Dzieciaki ciekawe nowej ‘autostrady’ zaczęły wypytywać, oswajać się z faktem, że „tu jeżdżą rowery, tu idą ludzie”.

TYLE, ŻE.. wybaczcie mi bardzo pędzący na zabój rowerzyści. Wy którym ta droga się należy jak psu kość. Wy którzy patrzycie na moje dzieci jak na diabły i wyrzutki, a na mnie jak na patologię. Ale dla moich dzieci to jest ICH DROGA POD DOMEM. Spacerują tu codziennie z wózkiem, z hulajnogą, na biegówce. I nie zawsze pojmują że nie powinny na drogę rowerową wchodzić (“mamooo, ale psecies ja jadę lowelkiem”), że jedziemy prawą a nie lewą stroną drogi. Że stać i dłubać w nosie to nie wolno, bo pan kolarzówką pędzi akurat. I ja to wiem drogi rowerzysto, że ty jedziesz i patrzysz na nas jako na zło najgorsze. Ale wiesz co czuję ja. Ja jestem CODZIENNIE, pod własnym blokiem PRZERAŻONA! Ja dostaję świra oglądając się w dwie strony czy ty nie nadjeżdżasz. I czy moje dziecko akurat nie zrobi kroczku w prawo, a ty nie wpadniesz na nie z impetem. Ty w kasku i ochraniaczach i wielki.. Na moje roczne, czy dwuletnie dziecko, które w starciu z Tobą jest bez szans. Więc idę jak nienormalna lub osobnik z zespołem tureta, i rozglądam się to za Tobą, to za starszakiem który w miarę, w miarę pewnie jedzie i ogarnia świata strony, to za maluchem który mimo, że wie, mimo że tłumacze to w każdej sekundzie może sobaczyć kurde motyla.. Rozumiesz?! Motyla, który w danej chwili przesłoni mu świat. I pobiegnie za nim, głuchy na matczyne ostrzeżenia.

Więc proszę Cię. Następnym razem, kiedy będziesz pędził jak szaleniec, patrząc na mnie jak na zło najgorsze, pomyśl, że za rok, dwa to ty możesz być tym rodzicem. Ojcem zapatrzonym w swojego malucha. Będziesz go prowadził chodnikiem obok rowerowej drogi, cały dumny, że już idzie, że pcha samochodzik, albo drepce na rowerku. I wtedy Twoje dziecko wykona 1 krok za daleko, minuta nieuwagi… A jakiś pseudo kolaż daj Boże wyhamuje i nazwie Cię krową.. na zielonej łące.