86fa65660fbec23f7ab2ac0206e6868b

Piątek. Godzina 17:26. Pędzę autem do szpitala. Patrzę w lusterku na tylną kanapę. W foteliku siedzi moja córeczka. Śliczna, uśmiechnięta. Oczy zachodzą mi łzami. Muszę z kimś porozmawiać. Dzwonię do Kasi.
– Jedziemy do szpitala. Mała będzie miała zabieg… i znieczulenie ogólne będzie miała! Nacierpi się dziś…

Łzy ciekną mi po policzkach.
– Co dzieje mamusiu?

Wiem, że muszę jej powiedzieć prawdę w miarę możliwości spokojnie. Więc oddycham głęboko raz i drugi i łykając łzy mówię:

– Kochanie. Jedziemy do szpitala. Trzeba usunąć pryszczyk z twojej nóżki, żeby cię nie bolał i żebyś była zdrowa. Pan doktor cię zbada. Potem podadzą ci syropek, ty zaśniesz a oni oczyszczą nóżkę.

– A będzie bojało?
Ok. Fala łez. Oddycham, oddycham, oddycham.
– Tak kochanie. Może odrobinę boleć. Ale mamusia cały czas będzie przy tobie.

Widzę, że ma nietęgą minę. Analizuje moje słowa. Zaczyna marudzić. Zmieniam więc temat, bo nie ma sensu teraz zagłębiać się w sytuację, jeśli sama nie mam pewności jak potoczy się dalej. Opowiadam o wakacjach, o wyjeździe do babci Halinki który nadchodzi wielkimi krokami… W sumie nie za długo tak sobie rozmawiamy, bo mieszkamy blisko szpitala.

Do gabinetu idziemy dziarsko.
– Mamo, cio to?
– To jest kochanie szpital.
– I ja tam idem? Do pitala?
– Tak kochanie! Ale przygoda, co?

Idzie uśmiechnięta. Podskakuje, rozgląda się. Do gabinetu wchodzi radośnie. Odsłania brzuszek i pokazuję język. Pan doktor uśmiecha się, zagaduje małą, ogląda ropień.
– No niestety. Konieczny będzie zabieg.

Domyśliłam się już jakiś czas temu, jednak po raz któryś tego wieczoru łzy napływają mi do oczu. Tym razem jest to złość. Durny pryszcz na dupie, w dosłownym tego słowa znaczeniu i znieczulenie ogólne. Tak się broniłam, tak zapierałam, żeby nie skusić się na zabieg laserowy i nie oczyścić szyjki małej z malformacji oraz główki z naczyniaka. Tyle wojen myśli, rozważań za i przeciw. A tu durny pryszcz na udzie i narkoza. Szlag by to!

Idziemy do szpitala nogami, bo wejście jest blisko, ot z drugiej strony. Wykorzystuję ten czas na przygotowanie córeczki na to co zaraz nadejdzie. Opowiadam o szpitalu, o łóżeczku które na kilka dni dostanie. Mówię o dzieciach które pozna, o miłych lekarzach (tu nie jestem pewna czy nie kłamię, ale wolę, żeby Lenka widziała w nich samo dobro). Ona wciąż pyta czy będzie bolało. Analizuję więc potencjalne źródła bólu. Wenflon, narkoza (czy pojedzie tam sama?!), rana po zabiegu.
– Trochę będzie kochanie. Ale tylko przez chwilę. Mamusia będzie obok Ciebie..

Dołącza do nas PT. Jest lżej… przynajmniej mi.
Wypełniamy karteczki, przechodzimy przez różne gabinety. Ważą córeczkę, mierzą, przebierają w szpitalne wdzianko. Potem wiozą na oddział. Zostaję znowu sama, bo PT nie może wejść.

Zabierają nas do jakiejś sali. Jako, że nikt nie informuje nawet mnie co będzie się działo, a ja czuję się zobowiązana przygotować moje dziecko, pytam “co teraz robicie?” – “założymy “motylka””. Więc proszę o chwilę i biegnę do sali po smoczek. Będzie potrzebny.
– Lenko, teraz będziesz miała założony taki sprzęcik z rureczką. Pani włoży go tam igiełką. Będziesz musiała starać się nie ruszać i trzymać prosto rączkę.
– Będzie bojało?
– Tak kochanie, to jest ten moment w którym troszkę Cię zaboli. Ale przytul mamusię z całych sił.

Sadzam malutką okrakiem na swoich kolanach. Pytam czy tak może być. Pielęgniarka kiwa głową. Przytulam mocno. Ona wtula we mnie główkę, ale dzielnie wystawia prostą rączkę. Szepczę jej do ucha, że to tylko chwilka, minutka. Malutka zaczyna krzyczeć. Gotowe. Wenflon jest na miejscu. Mówię jej, żeby odchyliła główkę i popatrzyła na rączkę. Płacze, ale wykonuje moje polecenie. Oglądamy plasterki które nakleja pielęgniarka. Lenka nadal płacze. Jest spocona i wycieńczona. Wtulona w moje ciało jakbyśmy były jednym. Przechodzimy do naszej sali. Podłączają jej kroplówkę a ona zasypia na mojej piersi. Uff, po wszystkim. Chyba to co najgorsze jest za nami.

Wchodzi pielęgniarka, daje do wypełnienia karteczki. Potem patrzy na nas i mówi:
– Pani W-ska. Muszę powiedzieć, że zaimponowała mi pani. Jestem pod wrażeniem. Bo powiedziała pani wprost tej dziewczynce, że będzie ją bolało. Mówiła pani prawdę na temat tego co się z nią dzieje. Nie kłamiąc i nie wymyślając. Ja tu pracuję wiele lat i słyszę jakie głupoty rodzice wygadują. Dzieciaki nie ufając rodzicom mówiącym “nic nie będzie bolało”, panikują i histeryzują jeszcze mocniej. Jest pani naprawdę mądrą mamą. Widać to z resztą po dziecku.

W takich okolicznościach logiczne było, że znowu łzy popłynęły mi po policzkach. Nie do końca wiedziałam co mam powiedzieć, więc tylko szepnęłam “dziękuję”.

Potem przez godzinę, trzymając Lenkę na rękach, czekając aż kroplówka ścieknie, rozmyślałam. Jak niewiarygodnie smutne jest, że rodzice zapominają o tym, że dzieci to także ludzie. Tacy którzy czują, boją się, rozumieją, rozmyślają. Już od najmłodszych lat należy im się… prawda. Nie “nic nie będzie bolało” kiedy bolało będzie. Nie “pszczółka ugryzie, motylek usiądzie”, nie. Delikatnie z wyczuciem, ale zgodnie z prawdą. Zawsze zgodnie z prawdą. Nie tylko w sytuacjach stresowych. Na co dzień, idąc do sklepu czy na plac zabaw. Gotując, czy sprzątając. Rozmawiać o rzeczach błahych i ważnych, wykorzystując każdą sytuację, żeby przekazać dziecku kawałek mądrości życia. Tak mądrości, wynikających z analizowania sytuacji, emocji, zdarzeń codziennych. Z miłością i delikatnością. Bez kłamstw, koloryzowania. Bez szeptów i mrugnięć okiem w stronę dorosłych. Z szacunkiem dla człowieka. Małego człowieka.

I jak tak siedziałam i myślałam to przypomniało mi się, że kilka godzin wcześniej, tego samego dnia szłyśmy z córeczką do lekarza rodzinnego. Ona widząc, budynek posmutniała i spytała: “będzie zaścik (szczepionka)?”. Z uśmiechem, zgodnie z prawdą odpowiedziałam “nie kochanie, dziś tylko pokażemy twoją nóżkę”. “I nie będzie zaściku? Nie będzie bolało?” “Nie kochanie”. I dosłownie w sekundę na jej twarzy pojawił się uśmiech. Bawiła się pod gabinetem z nowo poznaną “psijaciółtą”. Potem weszła do pani doktor i zalotnie wyszczerzyła zęby, żeby po chwili pokazać język i brzuch. Ufając mi, wiedziała, że tego dnia nic jej tam nie grozi. Dostała naklejkę i wyszła cała dumna. Ja byłam już mniej szczęśliwa, bo kiedy wsiadłyśmy do samochodu, spojrzałam na zegarek. Była 17:26. Wcisnęłam gaz, ruszyłam w stronę szpitala, a po moich policzkach popłynęły łzy…

(grafika z postu —> www.behance.net)

To co zobaczyłam w szpitalu przez te kilka dni utwierdziło mnie w smutnym przekonaniu, że ludzie nie traktują dzieci jak ludzi. I kiedy patrzyłam na te maluchy szarpane, obrażane, i głównie olewane, to bolało mnie to prawie tak jak je. Ludzie nie zwracali się do dzieci tylko mruczeli w czasoprzestrzeń „no czego chcesz, czego? no kur*** co znowu?!” Nie analizowali ich prawdziwych potrzeb, zakładam – bliskości, współczucia, delikatności, spojrzenia w oczy, dotyku. Nie. Wyliczali dobro dziecka na miarki mleka modyfikowanego, na ciepłą piżamę w 23C, na zabawki, „których ma sto a nigdy się samo nie bawi”. Na przykrycie kocem w nocy, na zakaz wychodzenia z łóżeczka, bo zarazki. Na papkę ze słoiczka, bo jak można podać 1,5-roczniakowi domową zupę.

A te smutne oczy krzyczały – usiądź obok mnie spokojnie. Spójrz na mnie. Zobacz! Ja czekam na Twoje słowa, na gesty, nie na następne mleko czy herbatnika. Boli mnie. Nie wiem co się ze mną dzieje. Nie jestem w domu. Przychodzą do mnie non stop obcy ludzie, więc nie dawaj mi kolejnej zabawki. Weź mnie na ręce. Spróbuj mi wytłumaczyć co się dzieje i bądź blisko…

Tylko i aż tyle..