27

Od ponad dwóch lat jestem blogerem. Od 28 miesięcy nasiąkam tym światkiem, który stał się zawodowo moim domem. Wszystko co tu się dzieje jest już dla mnie naturalne i logiczne. Znam mechanizmy działania blogosfery, blogowania, zarabiania. Wiem ile zajmuje mi to czasu i jak wpływa na moje życie.
Ja to wiem. I wydaje mi się logiczne, że wy powinniście to wiedzieć.
Taki syndrom kobiety, która uważa, że chłop „powinien się domyśleć”…

A często, gęsto okazuje się, że ludzie nie mają pojęcia co tak naprawdę robię.
– Pani zawód wykonywany?
– Bloger.
– Blo-co-słucham? – Pani w okienku patrzy na mnie jakby przyznała się, że jestem ekshibicjonistą. Choć nie, to w sumie miałoby jakąś część z prawdy. Więc może widzi we mnie seryjnego mordercę? Widać, że bije się z myślami czy to skomentować sarkastycznie (tylko jak, jeśli nie ma pojęcia ‘co to je’). Jej babska natura wygrywa i pyta.
– A da się na tym zarobić?
– Da.
Tu pani zmienia się w przyjacielską sąsiadkę i kiwając głowa mówi:
– Wy, młode to teraz takie sprytne…
Koniec końców nie wie o tym co robię nic a nic. Ale na przerwie kawowej zapewne chętnie podzieli się swoją nowo nabytą wiedza z panią Hanią z sekretariatu.

Różne rzeczy o sobie słyszałam. Intencje były także wielorakie. Od chamsko – prostackiego “bawisz się za pieniądze męża”, przez filozoficzne “pokazujesz te rzeczy, żeby się dowartościować”, polskie “ma kasę i się chwali” lub “nie ma kasy i się chwali” po praktyczne “jak masz TAKĄ pracę to może mogłabyś zrobić … (i tu lista prac dodatkowych)”. Bo jak powszechnie wiadomo taki bloger to leży pachnie, pije kawkę i wstawia selfie.

Ile to zajmuje czasu

Jakoś dziwnie mi się wydaje, że między wierszami pisałam to z pierdyliard razy. Że czasu brak, że z niczym się nie wyrabiam, że pędzę. Ale pewnie połowa uznała to za kokieterię.
Wiec rozłóżmy mój dzień na czynniki pierwsze.
Wstaję rano, ubieram dzieci, szykuję je do p-kola, robię śniadanie, ubieram im kurtki, buty i odprawiam w siną dal. Następnie jem śniadanie, (czasami nawet!) myję się i szykuję.
Około 9 mogę zaczynać pracę. Parzę kawkę, rozsiadam się w fotelu, zakładam ręce za głowę i marzę.. o tym co zaraz napiszę… Mam 6 godzin na slow blogging..
[zgrzyt!]
Oh wait! Przecież pracuję z domu! To tak jakbym nie pracowała wcale. Biegnę wstawić pranie, szybko wrzucam naczynia do zmywarki. Nogą spycham porozrzucane piżamy dzieci. Ścielę łóżka, sprzątam ze stołu, ustawiam porozwalane buty. Ok, jest lepiej. Pralka buczy, zmywarka huczy. Teraz mogę oddać się pracy.
Od czego by tu zacząć?

Może zacznę od tego, że dni dzielę sobie na „te z postem” lub „te bez niego”. W tym pierwszym dniu robię wpis, obrabiam zdjęcia, dodaję zapowiedź na FB. W tym drugim nadrabiam mailing, pw, robię zdjęcia i przygotowuję przyszłe pomysły na posty.

Dzień z postem

Pierwszy dzień jest prosty i przyjemny. Jako, że mam świadomość, że jest pomysł na wpis, są zdjęcia, a tekst jakoś się potoczy. Po dwóch latach wiem, że każdy “poeta” ma lepsze lub gorsze dni, ale kiedy robi się coś systematycznie i często, zawsze się uda. Jakoś…ć.
Obrabianie zdjęć zajmuje mi od 1 do 3h. Zaczynając od sortowania, przez wybieranie pojedynczych, obrabianie, robienie kolaży, zmniejszanie, po wrzucenie do wpisu, dostosowanie i zapis szkicu.
Potem tekst. Tu bywa różnie. Fala weny lub stękanie. Od 15 minut do nieskończoności ;). Potem kopiowanie tekstu do posta w którym już czekają zdjęcia, poprawki, opis ubrań, znalezienie linków do ciuszków i odesłanie korektorowi.
Następnie publikacja. Poprawki po publikacji. Zajawka na FB. I… OMG czas wyjąć pranie, zrobić obiad, ogarnąć szafy dzieciaków, jechać po opony, kupić cegiełkę na elewację, dopilnować robotników, z małą do lekarza, o 16 zajęcia dodatkowe, fryzjer, wizyta dziadków itp.

Dzień bez postu

Nadrabianie mailingu. Szmag! 945934875938 wiadomości. Jak to się kurde stało? Przecież codziennie staram się coś odpisywać. 32984039 jest od agencji. „Podaj cennik, napisz jak mogłaby wyglądać współpraca, zrób z nami strategię, jakie masz wolne terminy na rok 2026?” Ok.. idzie dziarsko. Może nie wylewnie, nie namiętnie, ale do przodu. Potem maile od czytelników. Od “umrzyj i skończ bredzić” przez “kocham Cię, zostań prezydentem”, po “jakiego szamponu używasz?”, “zmierz mi wkładkę w kaloszach Hunter.. teraz bo stoję na w sklepie”.. (patrzę na datę.. sprzed m-ca.. ciekawe czy wciąż tam stoi? ;)). Potem “pomóż mi wybrać prezent na urodziny/święta/chrzciny/dowolne dopisz, dla 2/3/4/5/6/7/8/9/10- latka”. Nigdy nie mogę pojąć jak obca osoba miałaby wybrać prezent dziecku którego nie zna? O.o Najcięższe są maile typu “moja historia”. Je szanuję najbardziej ale te mają to do siebie, że są tak długie, że nigdy nie mam na nie czasu. Ofc nie czytając ich czuję się jak shit, więc oznaczam je gwiazdką i obiecuję sobie nie tyle je odczytać ale także odpisać.. Nawet jak miałoby się to stać po 5 latach. Robię to prawie zawsze. Uhh i na koniec znowu klasyka “pomóż mi wybrać strój na wesele dla syna/zimową kurtkę/kalosze/parasole/szkołę/mieszkanie/kraj/planetę” …
Kiedy nie mam już sił i oko zaczyna mi latać, biorę się za pw. Tam mamy podobne historie tylko w duchu bliskiej znajomości a nie “paniowania”. Potem komentarze. Uhhhh..
I jak w dniu z postem, gdzieś tu zaczyna mi się załączać real life matki – żony i kurki domowej.

Gdzieś w tym wszystkim jeszcze robię zdjęcia, jeżdżę z młodymi na wycieczki, wybieram ubrania, przygotowuję kolaże, inspiracje, jeżdżę na eventy i robię miliard innych aktywności, bez których blog by nie istniał.

O 15 mam tę moc i dzieci w domu, więc tu zazwyczaj znikam z e-przestrzeni. Pojawiam się jeszcze na chwilę po południu lub wieczorem kiedy PT ma godzinę którą spędza sam na sam z dziećmi.

Więc jeśli ktoś mi pisze, że w tych kilku godzinach które mam wolne i w których pracuję, powinnam robić coś jeszcze to pęka mi żyłka.
W idealnym świecie w którym idę do biura na 8h. i nikt nie oczekuje, że kiedy mąż/dzieci wrócą do domu to będzie czyściutko i pachnąco, a na stole parujące 6 dań i deser z wisienką, w idealnym świecie w którym to nie ja zostaję z młodymi, zawsze kiedy są chorzy, kiedy to nie ja pilnuję budowy, załatwiam wszystkie sprawy (bo mąż nie pracuje w naszym mieście i w czasie kiedy można załatwić cokolwiek, jego po prostu nie ma). Tak, w tym idealnym świecie byłabym doskonałym blogerem i miałabym czas na wiele pobocznych projektów. Ale kurde to nie jest idealny świat! I uwierzcie mi na słowo, gdyby to była “normalna” praca… taka z szefem i grafikiem, to wyleciałabym na zbity pysk po miesiącu. Taki ze mnie “pracownik roku”.

Money money money

Wiemy już że pracuję. Wiemy także, że o dziwo, ta praca zajmuje jakiś czas. No ale hola hola. Co to za praca jak nie wiadomo kto, jak i ile tobie płaci?
Wiosną spotkała mnie taka sytuacja. Osoba, która teoretycznie miała dobre intencje, w głębi serca mnie nie szanowała, bo uważała, że bloga prowadzę tylko dlatego, żeby “pochwalić się swoją zamożnością”. Serio czy są na świecie aż tak próżni ludzie?
Blog to moja praca. Taka z wynagrodzeniem. Być może tymi słowami zrujnuję czyjś świat ale muszę powiedzieć to głośno: “nie blogowałabym obecnie gdyby nie łączyło się to z wynagrodzeniem”. Ta praca generuje stres. Od hejtu, przez terminy umów z reklamodawcami, po np. prosty i banalny szczegół jakim jest brak słońca i niemożność zrobienia jasnego, kurde zdjęcia. To nie highlife i palemka w tyłku.
Ile zarabiam? Dużo. Bardzo dużo. Nie byłabym w stanie wygenerować takiego przychodu w moim mieście nawet na wysokim stanowisku. Wystarczy powiedzieć, że jeden post sponsorowany kosztuje kilka tysięcy. A postów w miesiącu jest.. kilka. Dodajcie do tego kreatywne współprace z 5-cyfrowym wynagrodzeniem i poboczne źródła dochodu okołoblogowego. Do the math.

To niełatwy zawód, który można wykonywać tylko kochając blogowanie, posiadając ta niespożytą energię, pokłady pasji. To ciężka, stresująca praca. Ale najfajniejsza na świecie. Idealna dla mam, które chce poświęcać jak najwięcej czasu swoim dzieciom. Mieć możliwość urwania się na cały dzień i spędzania czasu z młodymi. Luźna, dająca wolność. Generująca także dobre przychody. To fun i stres mieszające się bezustannie. To narkotyk, który silnie uzależnia. Ale nikt nie chce się od niego wyzwolić.

21 22 23 24