‚Cesarka to gorsza droga do posiadania dziecka’, ‚nie rodziłaś, to nie wiesz jak to jest’, ‚ominęło Cię to co najlepisze’. Nawet nie wiecie ile razy słyszałam takie hasła wypowiadane w stosunku do swojej osoby czy też koleżanek. Pewnie znany jest Wam skandal z 2015 roku kiedy grupa religijna Disciples of the New Dawn ogłosiła kontrowersyjną kampanię głoszącą, że cesarka to nie poród. Pofarciło ci się. Okaż szacunek lepszym kobietom, Wybrałam naturalny poród, bo chcę, żeby moje dziecko coś wyniosło z życia’, ‚Bóg nie nagradza za niekompletną pracę ‚, ‚Uzmysłów sobie pewne fakty: w rzeczywistości nigdy nie urodziłaś dziecka’. Fanpage istniał krótko i został zablokowany. Sprawa jednak obiła się echem po mediach.

Wtedy nie byłam gotowa o tym rozmawiać, teraz śmiało mogę wyznać, że miałam cesarskie cięcie… na życzenie.

Byłam traumą 

Pamiętam, że odkąd  skończyłam 12 lat zawsze powtarzałam, że jeśli będę kiedykolwiek w ciąży, chcę mieć wykonane cesarskie cięcie. Od razu.
Cofnijmy się jednak o 32 lata mego życia do założeń tego ‚projektu- poród’. Rod ziłam się dość długo, ale nie dłużej niż mówią o tym standardy dla pierworódek. Problem był jednak subtelniejszy – byłam ułożona poprzecznie. Rodziłam się w bok brzucha mojej mamy. Obecnie jest to wskazaniem do cesarskiego cięcia, jednak mamie trafił się jakiś dziarski weteryniarz ‚pro natura’ i uparł się, że poród odbędzie się drogami natury. Polegało to mniej więcej na tym, że wsadzał w mamę rękę po łokieć, mnie za łeb i przekręcał. I tak kilka godzin. Jako, że charakterek miałam od życia płodowego dzielnie stawiałam opór, aż lekarz znudzony sytuacją, poszedł na czyjeś tam imieniny, a mamę pozostawił z uroczą zachętą ‚zdychaj’. No mama tak sobie zdychała aż do zmiany warty i pojawienia się mojego lekarza – wybawcy (zawsze chciałam go poznać!), który w ostatniej chwili wykonał cesarskie cięcie i tak oto i ja i mama wyszłyśmy z tej opresji całe. Trauma jednak pozostała.

W ostatnich latach dość mocno wyedukowałam się w traumach poporodowych. Moja kuzynka jest doulą i fanką naturalnych porodów, więc pomogła mi zrozumieć moje lęki zapisane gdzieś głęboko w odcisku limbicznym porodu.

Dlatego już jako dziecko mogłam ręce dać sobie poobcinać, że jedyna słuszna droga porodu to cesarskie cięcie. Nigdy nie marzyłam o rodzeniu, nigdy nie brałam go pod uwagę. Poród siłami natury nie był nawet opcją.

A potem zostałam matką

Kiedy jednak zaszłam w ciążę i pokochałam zarodek, płód, dziecko, przez chwilę nawet czułam się dziwnie z tą moją cesarkową pewnością. Tyle się nasłuchałam i naczytałam, że broń boże, że dzieci zbrakowane, głupsze i marniejsze ogólnie. Mleka w piersiach nie będzie, a dziecko jak warzywo ani raczkować nie będzie, ani turlać się. No porażka na maksa! I pewnie bym w to przerażenie weszła, jednak miałam dobry przykład nieprawdziwości tych słów. Siebie. IQ jak mało kto, zaradna, ręce i nogi w porządku, prosta, obie półkule dostymulowane. Więc zarzuciłam czytanie głupot, a postanowiłam właściwie się do cesarskiego cięcia przygotować. Po pierwsze -pozytywne nastawienie – duży myślałam o tym jak super zniosę cięcie i jak mega łatwo mi to pójdzie. Jak pierś ma będzie opływała mlekiem dla dziecka. Jak wstanę po kilku godzinach i samodzielnie się nim zajmę. A jak będzie ciut starsze to zaprowadzę na rehabilitację i dostymuluję to co się nie stymulowało w wyniku braku przeciskania przez kanał rodny. Serio. Byłam gotowa ;)! Tylko… kto mi to cesarskie cięcie wykona?

Wszechświat przyszedł z pomocą

W 32 tygodniu dopadł mnie nieznośny ból barku. Ból który mógłby stawać tylko w szranki z.. porodem właśnie. Było to coś jak skrzyżowanie wyrywania mięśni z ich przypalaniem. Brałam do 10 przeciwbólowych dzienne, mdlałam z bólu, jeździłam po wszystkich lekarzach w mieście ale nikt nie umiał mi pomóc, ponieważ nie można było wykonać nawet zdjęcia. „Musi tak pani dochodzić”. Ale jak chodzić jak jedyne o czym marzyłam to amputacja kończyny. Ból budził mnie 10x w nocy. Rano pędziłam na krioterapię, żeby choć na godzinę zminimalizować cierpienie. I tu gdzieś właśnie od ortopedy dostałam skierowanie na cesarskie cięcie, jako, że nie wiadomo co się działo z moim kręgosłupem. Żaden ortopeda nie zaryzykowałby odmowy cc. W tym momencie marnie się cieszyłam z samego zaświadczenia bo miałam większy problem, jednak kiedy cudem jeden z terapeutów bólu pomógł mi w moim problemie, miałam papier w ręce. Szłam na cesarskie cięcie! Moje marzenie się spełniło.

Poród. Tak, poród!

Wody płodowe odeszły mi w trakcie testowania cukierków na ślub mojej kuzynki. Radośnie pojechaliśmy do mojego szpitala i… okazało się, że nie ma w nim miejsc. Porażka. Jednak lekarz prowadzący załatwił mi miejsce w drugim prywatnym szpitalu i już po chwili byłam zacewnikowana i gotowa do porodu. Znieczulenie było absolutnie bezbolesne, lekarze mili, a sam proces pojawienia się Maksa na świecie trwał około 10 minut. A potem pokazali mi go jak jakiegoś kurczaka z rożna – wielkimi jajkami przed samą twarz :P. Jako, że był to mój pierwszy poród to nawet nie do końca wiedziałam co mam powiedzieć „ooo jakie dorodne genitalia?”, więc chyba nie powiedziałam za wiele. Synka zważono, zawinięto, włożono do grzałki i oddano Panu Tacie i moim rodzicom. Byli tuż za rozsuwanymi drzwiami, także całe szycie słyszałam ich ochy i achy. „Idealny!, najpiękniejszy!”. Następnie zaniesiono mnie na górę i przywieziono dziecko. Miałam całą salkę dla siebie i kompletnie nie wiedziałam co mam niby robić z tym dzieckiem leżącym obok kiedy nie mogę się ruszać. Ale to był moment, ponieważ była noc, którą po prostu przespałam. Pielęgniarki przynosiły mi dziecko na karmienie. Mleko lało mi się rzeką, a do siebie doszłam w 3 dni… tak jak to sobie zaplanowałam. Następnego dnia już wstałam i zaczęłam przyuczać się do zajmowania synkiem… Dwa tygodnie później znosiłam wózek z III piętra :)

Poród po raz drugi

Poród Lenki był zupełnie inny, choć także zakończył się cesarką. Lenka była wcześniakiem, więc jedynym dylematem było jej zdrowie. Ale kiedy znalazłam się już na sali operacyjnej czułam zalewy miłości i ekscytacji oraz oczekiwania. Lenka była spełnieniem świadomych marzeń o drugim dziecku. Prezentem po stracie synka, niecały rok wcześniej. Emocje towarzyszące temu porodowi czuję podskórnie pisząc to po pięciu latach od tego wydarzenia.

[Całą historię tego cudu możecie przeczytać —> TU]

„A na sali działy się cuda, już tylko te pozytywne..

W pięć minut wyjęto Lenkę. Pierwsze co pamiętam to jej włosy… czarne jak węgiel. Krzyczała strasznie głośno, zupełnie nie jak jej brat, który milczał i patrzył w powadze. Obróciłam głowę w prawo… tam ją zanieśli, zważyli. „Dwa, sześćset..! I wygląda na donoszoną.. całkiem grubiutka.” Po czym przynieśli mi ją całą w białej mazi na pierś. „A teraz całować kruszynkę Pani W. .. buźka do buźki”. Ten zapach. Leżała tak ze mną do końca szycia. A potem zabrali ją do inkubatora. Bo jakby nie było, była wcześniakiem. Wcześniej tylko Pan Tata dostał do obejrzenia i zachwytów.

[dopisane: Jedyne co mnie zabiło, to fakt, że nie dostałam jej na noc! Leżałam na sali z inną dziewczyną, której dziecko non stop płakało, a ona kompletnie nie miała pojęcia co robić. Tak jak ja z tym Maksikiem, trzy lata wcześniej. Więc pomagałam opiekować się jej córeczką. Oddałam jeden z naszych smociów bo nie miała, pomagałam przystawić do piersi, a potem odchodziłam wyć w poduszkę, że mojego dzidziusia nie ma.. I nawet nie wiem kiedy mi go oddadzą. Najgorsza noc życia, całkowicie bezsenna.]

Następnego dnia z rana podreptałam do małej. Bez zgód, próśb i pytań. To w końcu MOJE dziecko. Usiadłam przy inkubatorze i z siłą najmocniejszą zabolało mnie, że ona jest… za szybką. Chyba było widać rozpacz w mych oczach, bo pielęgniarka po chwili dała mi maleńką do karmienia. Najpiękniejsza chwila na świecie..”

I znowu miałam rzekę mleka i doszłam do siebie w tydzień.

Nie liczy się ‚proces’, a ‚produkt’

Mam dwoje cudownych dzieci. Pełnosprawnych intelektualnie i fizycznie. Każde z nich było karmione piersią, a mleka miałam w obfitości. Każde raczkowało (z pomocą rehabilitacji, szczególnie w przypadku wcześniaka, Lenki), pełzało, chodziło, jeździ na rowerze i 8/5 lat stymuluje swoje półkule. Tak samo rodzeni są absolutnie różni i ich proces rozwoju był inny. Jednak mam ich w całości, zdrowych i pięknych i gucio mnie obchodzi kto i co ma do powiedzenia o drodze ich dostarczenia na świat.

Miałam dwa piękne porody. Mam po nich cudowne wspomnienia. Odbyły się w zgodzie ze mną, z tym co czułam. Czy byłabym lepszą matką, gdyby pogwałcono moją traumę i kazano mi rodzić sn? Nie sądzę! Mogłoby się to skończyć depresją poporodową ze względu na fakt, że kompletnie nie wyobrażałam sobie takiej opcji na pojawienie się mojego dziecka na świecie. Nigdy. Jest oczywiście opcja, że urodziłabym jak sztukmistrz w dwie godziny i zostałabym propagatorką porodów naturalnych. Ale wiecie co? To wciąż nie ma znaczenia. Kiedy usypiam moje dzieci do snu, to nie ma znaczenia! Kiedy robię im śniadania, skaczę na trampolinie i pakuję lunchboxy, TO NIE MA ZNACZENIA!

W zgodzie z własnym ciałem

Postępujcie w zgodzie ze sobą, szanując swoje ciało, swoją psychikę z myśląc o przyszłości. Pamiętając o tym, że poród – jakikolwiek by nie był – to tylko chwila, a z jego konsekwencjami będziemy żyć już na zawsze. Czy to z blizną na podbrzuszu, kroczu czy też… w psychice.

Nie, nie zachęcam Was do cesarskiego cięcia. Odradzam i jeśli tylko czujecie się na siłach, działajcie w zgodzie z naturą i naturalnymi procesami. Ja nie czułam się na siłach. Nie jestem przez to ani gorsza ani lepsza.

Czy teraz z odkodowanym odciskiem limbicznym i świadomością skąd u mnie ta niechęć do poród sn, postąpiłabym inaczej i wybrała poród? No właśnie nieodmiennie, nie. Wciąż nie czuję, że – obecnie po 2 cc, mając wybór – czułabym taką potrzebę. Jestem szczęśliwa, spełniona, czuję, że jestem dobrą mamą. Żaden poród – jakimikolwiek drogami by się nie odbył – nie zmieni tego stanu.

_MG_2160

Jeśli spodobał Ci się artykuł, podziel się z innymi ! Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone