[Część druga wpisu „JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE MAMY PSA?”]

W czasie tych dwóch tygodni tęskniliśmy za sunią niemiłosiernie. Wiedzieliśmy, że nazywa się Bridget, więc jej imię padało kilkanaście razy w trakcie dnia. Maks chciał jechać po pieska tydzień wcześniej, ale, że wypadło mi kilka dni pracy w stolicy, odebraliśmy malutką dokładnie po umówionych dwóch tygodniach.

Ale, żeby nie było tak prosto. Kiedy szukałam numeru telefonu z ogłoszenia, żeby umówić się na odbiór, zauważyłam, że na sprzedaż jest suczka o której marzyłam (Barbie, blenheim)! Więc w piątek wieczorem była awantura. Chłopaki chcieli Bridget, bo tak już im w sercu zagrało, zaś dziewczyny skłaniały się ku Barbie (bądźmy szczerzy, Lenka, głównie ze względu na jej imię ;)).

Ostatecznie wieczorem ogłosiliśmy rozejm uznając, że serce nam podpowie dnia następnego, lub pies wybierze nas sam. I dobrze, że mieliśmy to przepracowane i przedyskutowane, jako, że dnia następnego, na wielkim spotkaniu, trikolorka Bridget miała nas, cóż.. w nosie. Nie chciała podchodzić, złapana, wyrywała się i nie spojrzała ani razu w oczy. Dla odmiany, absolutnie zakochałam się w jej braciszku, który na imię miał, Bruno. Powiedzmy sobie wprost – moja psia wersja. Uśmiechnięty, zawadiacki, skory do zabaw. Przybiegał na zawołanie, bawił się z dziećmi. Totalnie zawojował nasze serca. Problem polegał na tym, że jest psem, nie suczką. Do domu z własnym ogrodem ponoć lepsze są suczki bo nie osikują drzewek (od czego te schną).
I kiedy tak już kompletnie nie wiedzieliśmy co mamy zrobić z domu właścicieli wyłoniła się spokojna i urocza Barbie. Wtedy PT doznał olśnienia i rzekł: „kochanie, przecież to właśnie ją od początku chciałaś. Weźmy więc Barbie!” Po czym przeszedł do zapoznawania się i analizy potencjału intelektualnego. Barbie spojrzała mu w oczy i było po ptokach…

Już w drodze wiedzieliśmy, że wybór był dobry. Malutka jechała grzecznie w kojcu do przewożenia zwierząt, trzymając głowę na mojej ręce. Zabraliśmy ją od razu do weterynarza na oględziny, pielęgnację i odrobaczanie. Tam także zachowywała się aż nader wdzięcznie i grzecznie. Zaś w domu po samym przyjeździe zachwyciła nas takimi oto scenkami rodzajowymi:

cavalier king charles spaniel
cavalier king charles spanielcavalier king charles spaniel cavalier king charles spaniel
I taka właśnie jest nasza suczka. Kolankowa bez umiaru, trochę jak kot (w momencie kiedy piszę ten post śpi mi na kolanach), uwielbia być noszona, głaskana. Kocha wtulać się w szyję człowieka, kiedy śpi. Maskotka aż do przesady…

Od trzech nocy dumamy jak ją nauczyć spać poza łóżkiem, lub chociażby poza poduszką czy naszą twarzą ;). Nie idzie nam świetnie. Pierwszej nocy skończyło się na tym, że ja zeszłam do niej i spałam z nią na podłodze (koc, poduszka, tylko Mylily). Zaś następnej nocy wartę przejął PT. Dziś uparliśmy się spać we własnym łóżku i ze 2h. wyjmowaliśmy ją z łóżka i zdejmowaliśmy z poduszek. Więc czujemy się trochę jakbyśmy posiadali niemowlę – jesteśmy niewyspani!

Jak na psa zareagowały dzieci?

Wciąż ciężko mi wydać jednoznaczny werdykt, jako, że ta psia opowieść, płynie wartko i dynamicznie. Najpierw Lenka była bardzo zazdrosna o suczkę i non stop chciała być noszona przeze mnie na rączkach i kiedy wołałam pieska, podbiegała ona. Maks pałał wtedy wielką miłością, stał się wręcz psią kanapą i wyglądało na to, że on stał się samcem alfa. Zaś obecnie sytuacja się lekko odmieniła bo piesek zaczął więcej szaleć i chętniej bawi się z Lenką. Prezentują pewnie ten sam rozwój intelektualny i wiek ;)). Zaś spokojny Maks nieodmiennie jest ‚panciem do spania i miziania’. To także on, na równi z nami wychodzi z Brydzią na spacer. Ok, powiedziałam to w końcu. Nasz pies nazywa się…

Jak wabi się sunia?

Otóż, jako, że dwa tygodnie nastawiając się na zakup trikolorka, mówiliśmy o niej Bridget i jakoś ciężko było się przestawić na inne imię. Więc w rodowodzie ma wpisane Bambie, choć jest to pomyłką, jako, że wołano na nią Barbie. Zaś w naszym domu jest Brydzią. I pewnie tak już zostanie.

Jak zmieniło się nasze życie odkąd mamy psa?

Jednogłośnie z PT orzekliśmy, że posiadanie psa, kiedy ma się własny dom i ogród to naprawdę pikuś. Bridget ani razu nie narobiła nam na podłogę. Wychodzimy z nią z 5-10x dziennie, a ona w mig załapała, że jak została wypuszczona na dwór, to ma coś wystękać ;). Choćby kropelkę. Ale gdybym miała tak latać z 4-tego piętra co godzinę, to bym się zmartwiła. Wyprowadzamy ją o 6 rano w piżamach i o 22… także w bieliźnie. Wyjście na siusiu zajmuje nam 3 minuty i 0 energii. To niesamowity komfort. Całkiem doskonale byłoby gdybyśmy mieli płot. Ale wciąż czekamy aż komuś z wykonawców łaskawie zechce się wziąć od nas pieniądze. Nie są to ludzie rychliwi.

Malutka zaczyna powoli gryźć różne rzeczy w domu, ale jako, że przez większość dnia jestem obok, mogę nadzorować jej poczynania i przekierowywać uwagę na dozwolone zabawki.

Je suchą karmę, ale szaleje za okruszkiem domowego jedzenia. Kocha wszystkich gości, więc póki co psa obronnego z niej nie będzie. Ale szczekać umie, więc sygnalizuje niebezpieczeństwo.

Największy problem jest z tym spaniem i ozłocę za dobrą radę, inną niż „przyzwyczaj się”. Stałe czytelniczki wiedzą o mnie 2 rzeczy:
– nie cierpię spać z kimkolwiek oprócz męża (nawet z własnymi dziećmi)
– umieram, kiedy w nocy ktoś chrapie (a Brydzia jest jak mini czołg)

Zaś poza tym malutka wnosi do naszego domu dużo radości, ciepła i bezwarunkowej miłości. Biega za nogą dzieci, delikatnie podgryza ich skarpetki czy włosy, zachęcając do zabawy. Maluchy są absolutnie zakochane i większość popołudniowego czasu spędzają z psem, walcząc o jej uwagę.

Ja także, pracując z domu czuję się mniej samotna, kiedy ktoś wygrzewa mi uda czy brzuch, zamerda ogonkiem i biegnie przy nodze, kiedy odwiedzam kuchnię, lub nieporadnie wspina się na pięterko, kiedy czuje, że nadchodzi noc. I zawsze jest jakiś powód, żeby wybrać się na dłuży spacer do lasku. Same plusy! Kogo namówiliśmy na szczeniaka?

Na pożegnanie, zdjęcie sprzed kilku sekund. Można się na nią gapić godzinami :)

cavalier king