lotnisko chopina
Paryż notre dame
Paryż sekwana
Paryż Sekwana
Paryż Sekwana
Paryż Sekwana
Paryż

Paryż Luwr

Paryż



Paryż wieża eifla


eifla view
disneyland Paryż

disneyland Paryż
disneyland Paryż
disneyland Paryż

To był wyjazd inny niż wszystkie. Mocny, głęboki, szybki, nasycony, piękny…

Jego ‚inność’ było widać już na lotnisku. W kolejce do odprawy nikt nam nie uciekał. Nikt nie jadł, nie płakał, nie robił scen. Poziom naszego szoku kiedy spokojnie przeszliśmy do naszego miejsca odlotu – bezcenny. Gazetka, książka, przekąska, relaks.
Sam lot także inny niż zazwyczaj. To nasz odpoczynek i komfort był najważniejszy. Aż nie do końca wiedzieliśmy co ze sobą zrobić, więc ja zgodnie ze swoim zwyczajem, czytałam (dokończyłam “Dziką drogę”), a PT studiował mapy zagadując mnie co chwila z przeogromnym podekscytowaniem. Lot super krótki, co pamiętałam sprzed 8 lat kiedy właśnie we Francji miałam przesiadkę do NY.

I tu miały zacząć się schody. Bo a) nikt we Francji nie mówi po angielsku b) zakup biletu na pociąg/metro = mission imposible. Kto nas tak nastraszył? Internet, przewodniki i leciutko Paozja ;) (która bardzo, baaardzo pomogła nam się na ten weekend przygotować, więc należą się jej całusy ogromne :*:*).

A okazało się, że dla starego podróżnika jakim jest MM, wszystko było proste i intuicyjne. W maszynach biletowych można płacić kartą, więc nawet nie musieliśmy posiadać bilonu. Kilka minut i już jechaliśmy pociągiem RAR A, do centrum Paryża.
Co to była za podróż…

Jedno z wydarzeń które najbardziej zapadło nam w pamięć. Czterdzieści minut drogi i … ani jednego białego człowiek na horyzoncie. Nie jestem rasistką, ale kto jechał rar’em A z lotniska ten wie co widzieliśmy. Kilometry slumsów, brudu, walących się domów jak z najgorszego polskiego pgr-u. Na torach śmieci w ilościach przeogromnych.. jak mini wysypiska. Na każdym nanocentymerze muru – pseudo graffiti. Dzieci bawiące się na płocie oddzielającym ich chatkę od pędzących pociągów. Bród, smród i kiła. Jechaliśmy w milczeniu, przerażeni czy czasem nie pomyliliśmy miasta… kraju? Byłam w różnych miejscach na Brooklynie, ale nie widziałam dzielnicy w połowie tak przerażającej…

Do naszego hotelu o jakże Francuskiej nazwie “Britannique” dotarliśmy w szoku, wciąż jednak mając nadzieję, że to co oglądaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt minut to jakieś niewyjaśnione zbiorowe halucynacje.  Panie w recepcji mówiły świetnym angielskim, więc problemów w komunikacji nie było. Nasz pokój mimo, że piękny okazał się lekko klaustrofobiczny. Jak się miało potem okazać, większość lokali francuskich jest wielkości domku “siedmiu krasnoludków”, PT mówił że hobbitów.

Rzuciliśmy walizki i pobiegliśmy obadać okolicę. Umieraliśmy z głodu, ale jako, że było godzina lekko bezsensowna (za wcześnie na kolację, za późno na obiad) udaliśmy się do wybitnie francuskiego lokalu w samym centrum Paryża, o nazwie – McDonadl :). Tam o dziwo także dało się porozumieć po ang. choć już słabiej i z użyciem rąk.
Ogromnym szokiem był dla nas fakt, że jak się okazało, byliśmy jedynymi białymi osobami w całym lokalu. PT humor miał coraz słabszy.. Gdzie my kurczę jesteśmy? Gdzie Ci francuzi w garniturach, melonikach i apaszkach? Gdzie eleganckie francuski w idealnie skrojonych kostiumach, dobrych butach, z nienagannymi fryzurami? Przecież byliśmy w ścisłym centrum Paryża. Nasz hotel wychodził praktycznie w ramiona Katedry Noter Dame. Więc dlaczego nic tu nie wyglądało jak w… naszych wyobrażeniach o Paryżu?

Depresję pogłębił spacer po okolicznych sklepach. Tu nadal stosunek ludzi ciemnoskórych, do białych wynosił 80/20 i byśmy się szybko przyzwyczaili gdyby nie fakt, że większość wyglądała i zachowywała się jak gangsterzy z Brooklynu, więc mocno trzymaliśmy się za ręce, a jeszcze mocniej nasze torebki.

Po 2h. jedna rzecz była jasna. Albo chcesz być ubrany ładnie, elegancko, ‘na Paryżanina’, albo chcesz zwiedzać. Ja próbowałam połączyć te dwie kwestie na kilka godzin i tak oto jeszcze pierwszego wieczoru zawitałam do apteki po hurtowe ilości plastrów na odciski. Plastry były tak skomplikowane, że dopiero na drugi dzień użyłam ich prawidłowo ;). Kto by pomyślał, że plaster należy odkleić z .. dwóch stron? Czarna magia!

Wieczorem, już po prysznicu i rozpakowaniu walizek wybraliśmy się na spacer nad Sekwaną (która płynęła sobie tuż obok naszego Hotelu) w kierunku Pól Elizejskich. Do Luwru mieliśmy z kilka kroków. Trafiliśmy akurat na zachód słońca, więc poziom romantyzmu osiągnął fazę – ekspert :). Na Moście Zakochanych, kupiliśmy kłódeczkę (za 10 kurde, euro), podpisaliśmy i przypięliśmy, po czym wyrzuciliśmy klucze do rzeki. Atmosfera miejsca, zachód, PT… magia 200%.

Gdyby nie moje obolałe i poranione stopy. No na Boga. Buty kupuję tylko skórzane, mięciutkie. Wybieram je zawsze 100 godzin, żeby koniec końców się okazało, że jedyne nieocierające mnie obuwie ma z boku trzy paski. I jak tu być damą?
Baletki Badury przydepnęłam z tyłu i kuśtykałam (prawie nie jęcząc) po Paryskich ulicach.
Znaleźliśmy uroczą knajpkę z przepysznym makaronem z truflami oraz łososiem ratatouille do tego wino i deser, co sprawiło, że rachunek nas nie urzekł.

Rano wstaliśmy super wypoczęci jeszcze przed ósmą. Mogliśmy się pobyczyć, ale wizja przygody zerwała nas na proste nogi i tak oto po 9-tej byliśmy już po śniadaniu, gotowi zobaczyć Wieżę Eiffla.

Ooo, zapomniałam napisać. Popociągową traumą PT było metro. Ja, jako nowojorski (przez pół roku) szczur, w metrze czułam się jak ryba w wodzie. PT jęczał nieustannie “wyjdźmy gdziekolwiek.. potem zobaczymy co dalej”. Nie do końca to tak działa…
No i w sobotę rano PT orzekł, że szczurem więcej nie będzie i dziś poruszamy się taksówkami. Niedoczekanie moje… Prawie siłą zaciągnęłam go do podziemi gdzie odbyliśmy znowu przygodę jadąc metrem bez biletu (do tej pory nie mam pojęcia gdzie miałam kupić ten bilet.. w NY żadna bramka by mnie nie przepuściła bez zakupienia go a w FR przejechaliśmy tak sporooo..)

Lekkie błądzenie po pięknych uliczkach Paryskich (po których w końcu chodzili eleganccy ludzie- Paryżanie których widujemy w filmach) i dotarliśmy do WE (lub ET ;)). PT się uparł, że chce na nią wjechać. Ja nie byłam aż tak entuzjastyczna, bo nie raz byłam już na niedorzecznych wysokościach (wygooglujcie sobie np. Las Vegas, Sratosphere tower i looknijcie na wesołe miasteczko na jej szczycie.. tak wisiałam tam sobie nad przepaścią, dumając nad ostatnimi chwilami mego życia :/) i rzadko był to fun.

Ostatecznie mimo, że wykupiliśmy bilety na sam szczyt, dojechaliśmy (na moje błagania) tylko do połowy wieży. I tak było przecież wszystko widać.
Moje stopy osiągnęły już stan ‘krwawa masakra’, więc nie było mowy o planowym spacerze do łuku Tryumfalnego i Polami Elizejskimi do domu.

Autobusem nr. 72 wróciliśmy w pobliże hotelu i pobiegliśmy do … Foot Locker, a tam… urwańska ulica. Jakby wszyscy wczasujący i miejscowi nagle zapragnęli posiadać nową parę adidasów. Kolejka godzinna i zakup – śliczne czarne skórzane Conversy + skarpetki najgrubsze, frotte (olałam wizję spoconej stopy, bo porównując ją z krwią, bąblami i strupami, brzmiała jak raj). W hotelu chwilę odpoczęliśmy, umyliśmy się, przebraliśmy. Ja obkleiłam każdy palec plastrem (umiejąc go już używać), co było konieczne jako, że rany miałam już nawet pomiędzy palutkami! Moje stopy są tak delikatne, że powinnam się urodzić w starożytnym Egipcie i całe życie być noszona w lektyce.
Paczka plastrów, skarpetki frotte i conversy z linii upgradowej (miękkiej w środku) – to był strzał w 10-tkę! Prawie się popłakałam ze szczęścia i braku bólu.

W stylu ‘na dresiarza’ nie pasowałam na francuskie ulice, więc postanowiliśmy się udać do Disneylandu. PT tak naprawdę nie był przekonany, czy chce tam jechać, ale jakoś go namówiłam. Bo magii Disneylandu nie da się opisać. Trzeba ją przeżyć. Ja byłam już w Disnelandzie w Los Angeles i pamiętam wciąż łzy w oczach i to uczucia bycia 5-lakim po raz kolejny. Bezcenne. Mina PT po wejściu do parku.. Aż szkoda, że nie uwieczniona. Dokładnie taka sama jak moja. Uwielbiam to miejsce. Uwielbiam być 5-lakiem. Kocham magię tego miejsca. Zatracam się w niej. Bawię się jakby realny świat nie istniał.. Zawsze tak samo.

Zaciągnęłam PT na rajdy. Zgrywał kozaka, bo nie wiedział co go czeka ;). Ja oprócz Disneylandu zaliczyłam jeszcze kilkanaście parków z Six Flags włącznie. On zaś łańcuchową w Wys. Maz. Więc po Space Mountain Mission 2 PT orzekł, że na nic już nie wsiada, bo jego ciało odmówi posługi.
Mimo braku miłości do ekstremalnych rajdów PT zakochał się w Disneylandzie jak ja 8 lat temu i ze łzami w oczach, patrząc na wieczorne show obiecywał, że za  rok zabierze tu swoje Maczusie ukochane (trzymam go za słowo :)).

Do hotelu wróciliśmy około północy. Po zetknięciu się z łożem oczy otworzyliśmy następnego dnia o 9-tej.
Niedzielny poranek pominę bo łączyłby się on ze stanem prawie rozwodowym kiedy to się okazało, że wszystkie sklepy są zamknięte i wszystkie piękne ciuszki które wybrałam sobie i dzieciom zostaną na swoim miejscu, a ja, zakupoholiczka z wyboru mam się pocieszyć rękawicami Mickeygo i  kubkiem z napisem ‘I love Paris’. Tak, ryczałam…
Udało nam się znaleźć tylko spożywczak więc nabyliśmy sery smrody i jakieś tam wina. Mała pociecha.
Spacer pożegnalny nad Sekwaną, pakowanie i powrót traumatycznym pociągiem RAR B, na lotnisko. Tam zakup najpyszniejszych ‘makaroników’ na świecie (w niczym nie przypominających paskudztwa z Lidla… właśnie jem sobie jednego ;)) i spokojny lot do domu.
Tu gdzieś pojawiła się realna tęsknota i podekscytowanie, że niedługo zobaczymy maluszki, damy im prezenty i zaśniemy wszyscy w jednym łóżku.

I znowu przypomniała mi się ta myśl.
Podróżowanie ma sens tylko wtedy, kiedy mamy do kogo wracać…

Było cudowne. Wspomnień przeróżnych, tych tu nieopisanych, intymnych, naszych, mamy ilości ogromne. Chyba nawet większe niż po tygodniowej wizycie na Fuercie. Podróżowanie bez dzieci jest zupełnie inne i jeśli tylko będziemy mieli możliwości, to postanowiliśmy co roku jeździć w różne miejsca sami. Z dziećmi wakacje są leniwe, podróże dostosowane pod ich rytm. Rodzic nie może sobie pozwolić na wyczyny które go zanadto zmęczą (na późne powroty, maratony zwiedzania, lampkę wina więcej), bo musi mieć siły na wypadek gdyby maluchy z nich opadły. Atrakcje ustawione są pod mmłodzian, więc ograniczają się często do plażowania oraz kąpieli w basenie.
Wakacje ‘dorosłe’ to maraton zwiedzania który idealnie łączy się z niedorzecznie długimi kąpielami, czytaniem książek w samolocie, piciem wina i spaniem tyle ile mamy ochotę. Zupełnie inny rodzaj przyjemności, który jest tak niesamowity tylko dlatego, że tak rzadko możemy sobie na niego pozwolić. Bo czy kąpiel, spanie i wino smakowałyby tak niesamowicie gdybyśmy mogli pozwolić sobie na nie codziennie? Skądże. I to jest następny plus posiadania potomstwa :)

PT:
Paryż to najpiękniejsze miasto w jakim byłem w życiu. Początek tego nie zapowiadał, ale potem było już tak jak to sobie wyobrażałem, czy widziałem na filmach i wszystkie złe emocje odeszły na bok. Piękne w Paryżu jest to co widzisz, to co czujesz jak również to czego nie zdążysz lub nie będziesz miał możliwości doświadczyć. Każdy krok w jakąś stronę to niedopowiedziana historia z drugiej, ale historia którą łatwo sobie wyobrazić. Nie musisz jednak wszystkiego tam zobaczyć, wystarczą chwilę, bo jak to określiła Marlenka “tam wszędzie coś jest”.