1  3 (2)  4 5  8 9  11 12 14  16    20 21 22
Lenka:
Płaszczyk/czapka- Gap
Rastopy- Calzedonia
Buty- Emu

Maks:
Marynarka- Gymboree
Bluza/spodnie- Next

Wózek- SmallStuff

24 25 26 27

Pięknie jest się różnić.

Tego nie uczą w szkołach. A przynajmniej nie robili tego za moich czasów.
Akceptacja dla róznic – poglądów, wierzeń, kolorów skóry. Dwa ostatnie mocno promuje kultura zachodnia. Kto mądry, wykształcony intencjonalnie obraziłby kogoś o innym kolorze skóry czy religii. Chętnych brak.
Z różnicami poglądów i z umiejętnością dyskutowania w naszej ojczyźnie jest znacznie gorzej.

W szkołach za wielką wodą, na wielu przedmiotach czy zajęciach organizuje się dyskusje tematyczne. Klasę dzieli się na grupy, wybiera się przedstawiciela nurtu i kulturalnie, z szacunkiem, argumentami, a nie tonem głosu przekonuje się opozycję do swoich racji.
Na koniec wyciągane są wnioski. Analizuje się głównie nie to kto miał rację ale jak ją przekazywał. Jak analizował poszczególne kroki i przedstawiał je drugiej stronie.
Na koniec wszyscy przybijają sobie piątki i idą na lunch.

Śmiem twierdzić, że u nas takie zajęcia bardziej przypominałyby obrady sejmu.
Nie dość, że nie umiemy rozmawiać, to, co gorsza mamy problem z akceptowaniem poglądów innych.

Często kiedy piszę na jakiś temat, dostaję niewybredne komentarze. Osoby je piszące, obruszają się potem, że ‘nie można mieć na blogach swojego zdania’. Otóż nie jest to prawdą. Uwielbiam dyskusję. Kocham wymianę zdań która ma sprawić, że ja, lub osoby postronne, czytając argumentację obu stron, ich punkt widzenia, mogę się rozwijać i spojrzeć na sprawę szerzej.

Lubię się też różnić, uczyć i rozmawiać.

Mam ostatnio nowego nauczyciela.
Kasia. Znana jako Mira.
Zaczęło się od tego, że była moim hejterem ;). Choć ona twierdzi, że nie, że ona wypowiadała tylko swoje zdanie. Bull shit była hejtungiem, nastawionym przez postronnych przeciwko mnie (czytaj–> TU). Dostała bana. Ale, że uparty z niej osioł, drążyła dalej. Do trzeciej w nocy pisałyśmy tego wieczora na pw. I kiedy następnego ranka zaczęłyśmy znowu dyskutować, ucięłam ten ciąg liter i kazałam jej zadzwonić. Nasze rozmowy były (/są) niedorzecznie długie. Spierałyśmy się, dyskutowałyśmy, przedstawiałyśmy swój punkt widzenia. Uzależniłyśmy się niejako od tych wojenek słownych lub spojrzeń w jedną stronę, przeanalizowanych na niedorzeczną ilość sposobów.
Różnimy się. Bardzo.
Jesteśmy do siebie podobne. Także.
Uwielbiam ją? Owszem.
Znalazłyśmy kładkę po której lubimy stąpać. Ucząc się na wzajem…

Emilia. Moja kuzynka.
Gdyby przyjrzeć się z bliska nam, naszemu stylowi życia czy poglądom- śmiało można ustawić nas na przeciwległych biegunach naszej planety. Ona- super eko, fanka długiego karmienia piersią i porodów naturalnych. Przeciwniczka kosmetyków i zakupów. Ubrania nosi głównie z sh – ideologicznie. Za zabawki jej córki służą przeróżne kawałki drewna i inne ‚zwyczajności domowe’. Żyje w zgodzie z naturą, kocha zniknąć w puszczy na kilka tygodni. Ja – cóż.. Chyba nie muszę pisać.
Jednak to właśnie ją uważam za osobę najbliższą temu, co siedzi w mojej głowie. Uwielbiam z nią rozmawiać, lawirując pomiędzy ‘trudnymi tematami’. Akceptuję ją w 100%. I to ona jest wpisana jako opiekun prawny dla moich dzieci (tuż po moich rodzicach), gdyby wydarzyła się jakaś tragedia. Bo nie ważne co jej dziecko je i jak się ubiera. W momencie kiedy jest otoczone bezwarunkową miłością, akceptacją i szacunkiem, nie liczą się rzeczy poboczne [choć uśmiecham się wizualizując mojego syna stołującego się u mojej siostry].

Pięknie jest się różnić. Cudownie umieć w tej inności dostrzec drugiego człowieka.
Nie jeżąc się na jego poglądy, czy sposób życia.
A kiedy zapomnimy jak to zrobić, spójrzmy na nasze dzieci… te najmniejsze. One są kompletnie ślepe na wszystko co dzieli. Szczególnie, poglądy swoich rodziców.