Kawał dobrej roboty. Milowy krok w samorozwoju. Bez określania czy był to dobry czy zły rok. Bo nie jest to jednoznaczne. Czy mogę napisać, że był dobry jak fizycznie wycierpiałam więcej niż przez ostatnie 10 lat? Jednak nie mogę nazwać go złym jak emocjonalnie rozwinęłam się również o dekadę.

2016

Co dają nam podsumowania roku? Porządną samoanalizę. Z momentem zatrzymania, głębokiego oddechu i zadaniem sobie wielu pytań. Nie stricte technicznych – ile zarobiłam, gdzie pojechałam na wakacje i o ile centymetrów urosło moje dziecko. Tych sięgających głębiej. Na przykład: czego o sobie nauczyłam się w tym roku? Co dobrego zrobiłam dla siebie, bliskich i otoczenia? Jak wyglądały moje relacje z ludźmi? Czy jestem dumna z miejsca w którym się znalazłam? Czy to o co walczą inni dookoła naprawdę daje mi szczęście? Nie z perspektywy powierzchowności, instagrama i selfies, a tego co jest ukryte głęboko w nas.

To był mój rok gruntownej samoanalizy i wielkich zmian. Cześć z nich było widać, jednak większość odbyła się mocno zakulisowo, w mojej bezpiecznej strefie offline. Długo zastanawiałam się czy pisać ten post i oddać kawałek siebie, jednak los zdecydował trochę za mnie i wywołała mnie jedna z czytelniczek pod ostatnim postem:

Zrzut ekranu 2017-01-12 o 09.23.17

Za pierwszą część Kasi bardzo dziękuję. Środek jest dla mnie ciężki bo to właśnie nad nim pracowałam tak usilnie…

Nie ma co ukrywać, ciężko spada się z tronu. Byłam jednym z pierwszych i długo, najpopularniejszych blogów. Kto pamięta nasze początki, ten wie z jak czystych i nieskażonych miejsc wyszłyśmy do on- line. Jak naiwnie zaprzyjaźniałyśmy się z Wami, pokazywałyśmy kawałek naszego życia z pełną szczerością, małymi i dużymi sukcesami i całym pięknem tej rodzicielskiej, naturalnej otoczki. Piszę w liczbie mnogiej, bo rozmawiałam o tym ostatnio z Karolinką z szafeczka.com. Mamy do siebie i tego etapu wielki sentyment. Rynek się jednak zmienił. Czytelnik się zmienił, świat się zmienił. Zaczęłyśmy zarabiać, po trochę, pomalutku i… to zostało dostrzeżone. Dziewczyny młodsze stażem w blogosferę zaczęły wchodzić z rozpisanym biznesplanem (!) i środkami na inwestycje. I… zaczęło się zamieszanie. Żebyście mnie dobrze zrozumiały… piszę tu o sobie. Nikogo nie oceniam, nikogo nie krytykuje. Każdy kreuje swój kawałek tego świata. Chodzi o to, że miałam wybór. Stanąć w szranki z wyścigu na lajki, shery, memy. Z inwestycjami – umrzecie – w okolicach 100 tys zł!!! Bo myślicie, że jak się pojawiają te liczby na FB? Przez płatne promowanie! Masz $ = masz fanów! Nic już nie jest oczywiste, nie charyzmą i treścią przyciąga się ludzi, przynajmniej nie tylko. A memami i tabloidowymi tytułami. Po raz kolejny przypominam – nie oceniam. Piszę o sobie. Bo to świat mojej pracy i moich wyborów.

Krok w tył

Przegadałam z mężem tysiące godzin i postanowiliśmy, że nie staniemy w wyścigu. Mój mąż jest człowiekiem bardzo pewnym siebie, spokojnym, stonowanym, ale także żyjącym w świecie e-biznesu od kilkunastu lat. Do tego jest kochającym mężczyzną i widział co ze mną robi ten wyścig na cyferki. Przeanalizowaliśmy nasze priorytety – na czym nam naprawdę w życiu zależy. Czy na pędzie, stresie, adrenalinie, sprzeczkach blogerek (głośnych kłótniach!) o popularność i lewe zasięgi i… stwierdziliśmy, że to nie nasza bajka. Łatwo jest dać się porwać. Myślę, że są też realnie takie osoby, które w tym pędzie, w obecnej chwili życia są szczęśliwe. Pewnie to samo ktoś mógł mi zarzucać na początku mojej kariery blogowej. Ale nie teraz.

Mamy po trzydzieści – kilka lat. Dzieci rosną nam w tempie niedorzecznym. Mój syn ma 8 lat, 8! Za kilka  lat, zanim się obejrzę dosłownie, będzie nastolatkiem i jego rozmowa ze mną ograniczy się do „cześć, ok, no”. Nie poprzytula się do mnie w nocy, nie pojedzie ze mną na wakacje. Nie zachwyci się bałwanem zbudowanym za domem i oleje moje bio- eko- pierniczki na rzecz hamburgera. Za chwilę! Bo rocznikowo ma już lat 9. Kiedy więc mam zwolnić? Za rok,  pięć, piętnaście? Jak już będę mieszkała w domu ze złotymi klamkami i będę latała w egzotyczne kraje.. sama?

W lipcu na Konferencji Blogerów Seebloggers, zapytana o plany odparłam, że zwalniam z tonu. Z wyboru robię krok wstecz. Wciąż pozostając w doskonałym miejscu. Bo w ostatnim miesiącu blog osiągnął rekordową liczbę unikalnych użytkowników! Jakimś trafem jest tu Was więcej niż kiedykolwiek! Jesteście zaangażowane i wiem, że póki pozostanę sobą, nie odejdziecie.

Mój mąż na tej konferencji wstał i poprosił o to, żebym zamieniła się z nim na miejsce na scenie. Usiadł tam i powiedział „Marlenka.. a w sumie to my jako rodzina, jesteśmy w takim miejscu w którym celowo nie wykonujemy pewnych działań, budujących jeszcze większą popularność. A moglibyśmy. Trzeba jednak wiedzieć kiedy osiąść, uspokoić, zadowolić się i docenić to co się posiada. Swoim krokiem iść naprzód budując sukces oparty na solidnych podstawach a nie chwilowych zrywach.Popularność potrafi uzależnić, chcesz więcej i więcej, a sztuką jest powiedzieć stop” Nie dostał owacji na stojąco od słuchaczy, ale ja biłam mu brawo w sercu.

Blogowanie jest przygodą. Jest połączeniem moich ukochanych zawodów- marketera, reklamowca i fotografa. Nie zrezygnuję z prowadzenia tego miejsca. Przyznaję, że lubię także swoje wynagrodzenie, jednak na spokojnie. Głęboko wierzę, że w takiej wersji też mi się uda.

Choroba

Gdybym miała jednak wątpliwości, że to dobry wybór, od sierpnia się pochorowałam. Wiem, wiem, psychologicznie ładnie to można połączyć. Pędziłam, pędziłam, odpoczęłam, pochorowałam się. Syndrom weekendu czy urlopu się to nazywa. Ale choroba jeszcze lepiej, głębiej pokazała mi co w życiu jest ważne. Przez chwilę, kiedy nie wiedziałam czy to coś poważnego, czy będę żyć, czy będę pełnosprawna, mogłam dostrzec jak śmieszne były moje dylematy. Jak w niedorzecznej sytuacji się znalazłam. Nie pomagały mi łapki ani lajki. Co gorsza żaden pożytek był z pieniędzy kiedy, nikt nie umiał oszacować co mi jest…

W sumie mam szczerą nadzieję, że ten tekst sprawi, że ozdrowieję :). Muszę postawić kropkę i przy swojej chorobie. Słyszy to moje ciało i psychika? Wszystko już zrozumiałam. Mogę skończyć chorować :)

Więcej siebie

Mam tendencję do poświęcania dużej ilości czasu rodzinie, pracy, światu, a niewielkiej sobie. Pół roku uczyłam się balansu. Bo wiecie, trzeba na przykład odpoczywać. Odpoczywanie naturalnie budziło we mnie stres, że nic- nie- robię. To problem mojej rodziny (nie obecnej a tej z której się wywodzę:).  Nawet jak nie pracowałam, to nagle gotowałam po 5 dań, aktywnie spędzałam czas z dziećmi, czytałam… zawsze coś robiłam. Produktywnego, kreatywnego. Aby nie nazwać tego ‚zmarnowanym czasem’. I można tak ciągnąć naprawdę długo. Aż pewnego dnia organizm mówi, dość.

Zaprzyjaźniona psycholog zadała mi pytanie: czy masz takie rzeczy, działania, aktywnosci miejsca, tylko i wyłącznie Twoje, nie związane z pracą czy rodzina, które są dla Ciebei odskocznią, dają maksimum szczęścia aż masz ochotę krzyknąć „chce się żyć!” Cóż… pracuję nad tym. To mój plan na rok 2017. Kontynuacja tego co zbudowałam i poszukiwania tego szczęśliwego, spokojnego miejsca.

Jestem na dobrej drodze.

IMG_1285 IMG_1297 IMG_1298 IMG_1311 IMG_1318 IMG_1324 IMG_1350 IMG_1351IMG_1331 IMG_1340 IMG_1353 IMG_1364 IMG_1367

Jeśli spodobał Ci się artykuł, podziel się z innymi ! Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone