A0FCA05C-DE6C-4D6B-8852-EFAA2F45E121

Dziewczęta moje kochane. I nieliczni panowie. Dopytujecie mnie o efekty diety od kilku tygodni. I słusznie. Zgodnie z wyliczeniami, post powinnam już zakończyć i pisać radośnie o efektach. Tyle, że nie do końca wszystko poszło zgodnie z planem…

Post dr Dąbrowskiej, a zespół jelita drażliwego

Na post weszłam głównie po to aby zniwelować niedorzeczne bóle brzucha nieznanego pochodzenia, zdiagnozowane – po tysiącach badań wszelakich jako ‚nie-wiadomo-co’ czyli nazwane w takich przypadkach ‚zespołem jelita drażliwego/nadwrażliwego’. Określa się tym mianem każdy niespecyficzny ból, w momencie kiedy wykluczyło się inne opcje i nie ma się pomysłu. I jak zwykle, po raz kolejny medycyna konwencjonalna rozkłada ręce i pyta ‚czy dużo się pani stresuje’? :P Diagnoza – wytrych. Bo wiadomo, że XXI wiek i do każdego ten ‚stres’ pasuje. Na wszystko. Na każdą dolegliwość. Ale, że ja słabo w stresy wierząca – bo choć mam różne problemy, jak każdy człowiek, to mąż wspaniały, dzieci kochane i zdrowe, rodzice wspaniali i pomocni, finansowo super, dom piękny – więc tak stresuje się i mdleję z nadmiaru trosk. No błagam Was, świat musiałby nie istnieć jeśli ludzie z takim poziomem stresu jak ja musieliby wszyscy tak cierpieć. Z resztą miałam pakiet innych dolegliwości (już mi znikły) jak: szumy i piski w uszach, zespół suchego oka, nadwrażliwość słuchową, bóle głowy i inne. Więc nie wierzyłam i szukałam. Przeszłam przez leczenie homeo, medycyną chińską, biorezonans i tak dotarłam na post (Posty z mojej chorobowej drogi znajdziecie TU, TU i TU).

Planowałam pościć ‚ile dam rady’, bo ja do diet to jak pies do jeża raczej. Lubię życie, lubię dobre jedzenie, od jakiegoś czasu kocham gotować, więc weź i zamień sie w królika na 1,5 m-ca! Katastrofa! Dieta okazała się jednak prosta jeśli chodzi o głód – bo ten serio, serio, serio wyłącza się dość szybko. Zostaje jednak smak, zapach i .. pożądanie. Sushi z lampką wina w piątek – nope. Impreza u znajomych – marchew na wynos. Miesiąc, lub 6 tyg. to straaasznie długo w stosunku do wszystkiego czego mamy w tym czasie nie zjeść. Stałam się na ten czas najnudniejszą osobą na świecie. Nie chciałam się z nikim spotykać, a na imprezach zamulałam i chciałam wyjść pierwsza. Dlatego jeśli planujecie post latem, od razu wybijcie to sobie z głowy. Trauma do końca życia ;). Te wszystkie grille, imprezy, wypady z przyjaciółkami.. Ok, przesadzam ;).

Pierwsze dwa tygodnie czułam się słabo. Plusem był fakt, że jako prawie weganka, która przed postem od pół roku nie jadła mleka, gluten i cukru nie miałam tych koszmarnych pierwszych dni z umieraniem i obezwładniającym bólem głowy, jak to pisało większość postujących. U mnie poszło gładko, jednak pierwsze 13-14 dni byłam rozbita, średnio kumata i śpiąąąąąca. Wtem dnia 14 jak padłam tak chciałam karetkę wzywać. Ogólnie należy nadmienić, że jak na osobę wierzącą silnie w medycynę naturalną, jestem wielkim.. sceptykiem. Słucham tych opowiastek, wierzę w nie, ale.. nie wierzę :D. Czytałam o kryzysach ozdrowieńczych, więc teoretycznie powinnam nie panikować ale spanikowałam totalnie. Zadzwoniłam zabeczana do mamy, bo nie mogłam nawet po schodach zejść taki ból mięśni, stawów, głowy, rozbicie, skołatanie i jakkolwiek ludzie tam jeszcze określają stan… boreliozowy?

Post dr Dąbrowskiej, a borelioza

No właśnie. Znałam ten ból. Przez cały okres choroby wiele z Was pisało, że ‚Marlena to borelioza! Miałaś ją zdiagnozowaną, przeleczoną, ale jako, że nie da się krętków wybić, to na pewno Ci wróciła’. Wierzyć w to nie chciałam bo żyję sobie z krętkiem lat 15 od diagnozy i 20 od ugryzienia. Nigdy nie atakowało mnie nic innego niż 2 tyg. bólu mięśni i stawów. Więc jakie piski w uszach i suche oko i brzuch? To ogóle nie pasuje do MOJEJ boreliozy!

W 13 i 14 dzień postu obdzwoniłam pół świata – lekarzy, znajomych, rodzinę, wyjąc z bólu. Byłam pewna, że umarnę, dosłownie. Zje mnie ten krętek, przez tą głupią dietę, czy tam post i umarnę (jak to mawia Lenka). W 15 dniu wstałam rano jak nowo narodzona, sprzątałam cały dzień garaż i przy domu. Przebiegłam ze 3 km z Lenką ucząc ją jeździć na rowerze. Jawnie cud.

Bóle brzucha jednak towarzyszyły mi każdego dnia, więc mała pociecha, że zaatakowało mnie coś czego nie miałam i puściło, kiedy główny problem został. I tak się bujałam od dnia 13 do 23 – nijak, 0 poprawy. W okolicach 4-tego tygodnia zaczął mi się rozwalać żołądek… Warzywa przestały mi służyć. Uaktywnił się nieżyt żołądka który miałam 2x w życiu po tygodniu. Czułam się źle, nic nie mogłam jeść, bolało mocniej niż na starcie, więc tak oto po 4 tyg. postu zakończyłam dietę smutna, rozczarowana i przygnębiona. Zaczęłam łykać Controloc, żeby nie umrzeć z bólów żołądka. Przypominam, że żołądek mnie przed postem nie bolało, tylko jelita, więc weszłam z jednym problemem, a wyszłam z dwoma. Deal życia.

I mogłam Wam tu napisać wpis i nawrzucać tej oszustce Dąbrowskiej. Jednak za bardzo mnie bolało i było mi zbyt smutno. Więc nie pisałam, a starałam się… żyć. Controloc, leki rozkurczowe, Ulgixy i inne. Cała bateria i dzień… za dniem.. za dniem.

Dietę zakończylam 17 marca. 25 marca zaś w Krakowie miałam pewien kurs. I kurcze nie wiem CZY i JAK Wam to opisać. Ale chyba powinnam być uczciwa w pełni. Byłam na pewnego rodzaju… psychoterapii? Ciężko to wytłumaczyć. Nazywa się Birth into Being (pogooglujcie jeśli macie potrzebę), a ja byłam na części IV. Spotkanie trwa 2 dni i zajmuje się konkretnym problemem, intencją. Ja przerabiałam moją chorobę i ból brzucha, który od 7 -cy rozwala mi życie. No i w trakcie rozmów wyszło… że brzuch boli mnie dokładnie w tym miejscu w którym mama miała raka. Tam się ulokowało chyba siedlisko mojego bólu i strachu. Wypłakałam z siebie morze, morze, ocean łez, które siedziały we mnie 8 lat od kiedy mama zachorowała. Płakałam, płakałam i nie mogłam przestać płakać..

No więc kiedy wróciłam do domu czułam, że coś się zmieniło. Następnego dnia ból brzucha minął. Wiem, SF, sama nie dowierzam. W każdym razie brzuch przestał boleć, a borelioza zaatakowała ze zdwojoną siłą. Nie mogłam zejść ze schodów, byłam jak… pijana? Jechałam autem i nie wiedziałam co się dzieje, gdzie jadę, po co jadę. Nie da się tego opisać. Rozbicie to takie słowo – nic, a to rozbicie obejmowało każdy centymetr mojego ciała. Było na tyle źle, że po raz pierwszy rozważałam leczenie się metodą ILADS – długotrwała antybiotykoterapia (nawet 2 czy 3 lata!). Jednak zaczęłam czytać o ludziach, którzy przeszli całe leczenie i.. nic, nie pomogło im. Lub oficjalne stanowiska lekarzy, które mówią o zaleczeniu, a nie wyleczeniu choroby. Postawiłam więc na naturę i .. obserwację.

Na chwilę obecną leczę się tak – biorezonans na borlię, zabiegi Bowena, protokół boreliozowy, zioła i suple wzmacniające, lek homeo robiony z krętka borelii i.. niedługo wchodzę na kolejny post. Bo wracając do postu, to dr Dąbrowska postem leczy boreliozę. Posty muszą być pulsacyjne, jedne po drugim i musi ich być kilka. Dlatego plan jest taki, że od następnego tygodnia ruszam z kolejnym postem.

Ale, ale… Ból brzucha nie wrócił! Moje życie bez tego bólu jest rajem. Codziennie dziękuję Bogu, że mogę bezboleśnie oddychać i jeść. Z resztą sobie poradzę. Mogę być i żoną i matką i pracownikiem.. Kim chcę. Bo nie cierpię i nie umieram każdego dnia. Dlatego jeśli ktoś nie wierzy w moc natury, swego ciała i psychiki… niech nie wierzy. Jego życie. Mój przykład mówi jednak, że siłą woli i pracą z ciałem, możemy osiągnąć znacznie więcej niż pigułkami na receptę.

Zdrówka Wam życzę i łapcie kawałek dobrej energii :*

(prawie całkiem zdrowa) M <3

Zrzut ekranu 2017-04-13 o 10.04.13  Zrzut ekranu 2017-04-13 o 10.05.16

Jeśli spodobał Ci się artykuł, podziel się z innymi ! Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone