Mam dwoje dzieci. Różnych jak tylko się da.
Dzieci które w swej inności są niesamowicie ciekawe. Wychowywane przez jedną matkę i tego samego ojca. W podobnym środowisku. A tak różne.

Lenka to typ społeczno – gwiazdorski. „Mała tobietka”. Uwielbia poznawać ludzi i nowe miejsca. Na scenie czuje się jak ryba w wodzie i występuje krok przed innymi dziećmi… dosłownie. Tańczy, śpiewa, popisuje się. Maks jest geekiem – mądrym, uroczym, potencjalnym gentelmenem. Z nutką świrowatości statystycznego sześciolatka.

Pamiętacie jak piałam Wam, że najwięcej do powiedzenia o wychowywaniu potomstwa miałam zanim zostałam matką? Otóż okazało się, że jest to proces ciągły i nieustający. Im mam więcej dzieci, im dłużej jestem mamą tym mniejszą mam ochotę do mądrzenia się.
Ale ten jeden raz zrobię wyjątek. Bo sprawa jest ważna. A tyczy się… dziecięcego świata marzeń i fantazji.

Jakiś czas temu przeczytałam artykuł, który obiecałam sobie kiedyś skomentować. Nie chcę go linkować, żeby autorka nie została ‘zjedzona’ bo jest mądrą i fajną mamą. I moją koleżanką. Jednak niesamowicie się z nim nie zgadzam. Więc po kilku miesiącach jestem gotowa przedstawić swój punkt widzenia.

O czym pisała blogerka? O lalkach barbie które odzierają z wyobraźni, bo taka lalka to nic nie umie, tylko stroić się i stać. O infantylności koloru różowego. O projektowaniu swoich marzeń przez robienie z dziewczynek ‘księżniczek’. Ogólnej negacji „tego co dziewczynki lubią najbardziej”.

Pamiętam, że dawno, dawno temu, sama nie byłam entuzjastycznie nastawiona do powyższych. Bądźmy szczerzy dużo w tym kiczu i tandety. Małe dziewczynki całe różowo – różowe w tiulach, koronach i brokatach. Brrr. Brzmi jak horror matki, estetki.
Ale potem los sprezentował mi córeczkę. Z całą jej dziewczęcością. I przez 3 lata ta dziewczyna pokazywała mi swoją osobowością, że świat dziewczęcych, dziecięcych marzeń nie definiuje się tak jak go odbierają dorośli. To inna percepcja poznawcza. Odmienna galaktyka obserwacji i wyciągania wniosków. Świat marzeń którego nie warto zabijać dorosłą ideologią.

Lenka kocha księżniczki. Chce być Elzą lub Roszpunką. Ma stado lalek z bajek, dodatki i akcesoria z postaciami. Uwielbia Zarinę (tak, znacznie bardziej podobają się jej wyraziste charaktery.. Dzwoneczek jest dla mięczaków ;)). Kakao z kubka z Arielką smakuje znacznie lepiej. Tiul, róż, brokat – wszystko to mamy w szafie i na półkach. Jak to wpływa na moje dziecko? Jest najbardziej kreatywną 3-letnią osóbką jaką znam. Potrafi układać niesamowicie długie opowieści z tysiącem postaci. I uwierzcie mi na słowo, nie wszystkie z nich noszą sukienki.
Potrafi bawić się przysłowiowym ‘kijem i kamieniem’ tworząc z nich postaci i układając niestworzone historie. W wannie ma ‘banieczki kąpielowe’, ot kulki w 4 kolorach i często kiedy podsłuchuję jej zabawy to jestem oniemiała. Ustawia je w ‘klasy’ i uczniów, a ona jest edukującą je nauczycielką. Lub “te dlube zielone są złe i atakują te słodziutkie piankowo- cukrowe, filetowe”.
Miłość do Disneya nie sprawia, że jest mniej sprawna ruchowo, lżej kocha basen czy podróże. Nie definiuje jej jako 3-letniego człowieka.

Jej lalki przeżywają wiele przygód – pasają owieczki (taki okres.. wszystko robią “pastuszkowie”), jeżdżą konno i na smokach. Uczą się czytać metodą Domana, chodzą na balet i piłkę nożną. Generalnie odtwarzają życie moich dzieci i nasze z dodatkiem magii i wyobraźni. I nie… to nie lalki przekazują historię (pustą, próżną i nijaką) a rodzice.

Cytat z tekstu koleżanki:
“Barbie umówiła się z przyjaciółkami. Siedziała i czekała na nie w kawiarni, ale nie przychodziły. Barbie przeszła się po centrum handlowym i znalazła je w sklepie z ubraniami! Wszystkie zrobiły zakupy. Gdy wychodziły, ledwo szły, tyle miały toreb”

Hmmm jeśli RODZIC przedstawi taką wersję tej lalki, to jest szansa, że dziecko ten schemat „kupi” i odtworzy. Ale w głowie malucha proporcje ani myśl matki nie ograniczają żadnej zabawki. Przecież Lalla Lopsy ma nieproporcjonalnie wielką, Sonny Angels siusiaki na wierzchu a Laloushka oczy z horroru. Czy to ma negatywnie wpływać na rozwój naszych dzieci? Więc może powinniśmy zaserwować im tylko i wyłącznie realistycznie mini – klony nas samych. Ale co z wyobraźnią? Co z dziecięcą kreatywnością?

Myślę, że to zdjęcie  mówi więcej niż tysiące słów…

10005633_722898671112251_1095113394_n

Myślę, że rodzice zagalopowali się w tych jakże mądrych nurtach. Blogi im zawtórowały a reszta rodziców poczuła się gorsza.. idąc za dzieckiem i głosem jego serca.
I powiem wam dziś prawdę największą: Olać to! Serio.. olać!

Kiedy patrzyłam na moją córkę oglądającą “Disney on Ice” w końcu to zrozumiałam. To nie ważne jaki nurt reprezentuje rodzic i jaką ideologię sobie wymyślił. Tu chodzi o dziecięce emocje, uczucia, marzenia! I jeśli nie tyczy się to spraw życia i śmierci, nie dotyka światopoglądu, to warto, naprawdę warto zobaczyć ten błysk w oku dziecka. Ten poryw uczuć który sprawia, że 3-latka wyrywa się z rąk mamy i biegnie, biegnie wprost na scenę, na lód (goniona przez 2 ochroniarzy), bo poczuła coś.. Emocje! Iskierkę…
Warto zaśpiewać z tysiącem małych buziek ‘mam tę moc’! Zobaczyć łzy szczęścia.

Pozwalać marzyć…
Spełniać marzenia.

 

disney on ice disney on ice disney on ice disney on ice disney on ice   disney on ice disney on ice disney on ice