Coroczna wizyta na Mazurach jest dla nas oczywistością. Tu się wychowałam i to miejsce darzę wyjątkowym uczuciem. Myślę, że Mazury, a szczególnie Orzysz – do którego jeździmy co roku i gdzie spędziłam pierwsze 10 lat swegocia – trzeba kochać i mieć we krwi. Bo ani mojemu tacie nie płynęły one w żyłach, choć mieszkał tam 10 lat, ani mój mąż nie chce tego miasteczka ochoczo odwiedzać.

Trochę się im nie dziwię. Wakacyjna infrastruktura zerowa, za to masa ludności lokalsowej… cóż specyficznej. Nie wiem jak to można ładnie napisać, ale powiedzmy, że jeśli Białystok jest nazywany Polską B  lub C, to Orzysz to Polska W lub Z. Jednak mimo wszystko posiadająca masę uroku, który chcę pokazywać moim dzieciom. Bo bądźmy szczerzy, gdzie dziecko miejskie ma zobaczyć tę inną stronę życia, gdzie rówieśnik Maksa rąbie drewno na podpałkę, a na koniec pracy dostaje jeszcze burę (żeby tylko :( ) od mamy bo miał robić coś innego w domu. No ok, druga część jest niepouczająca, ale pierwsza  jak najbardziej. Jako, że mieszkaliśmy tym razem w domku mojego wujka w podwórku starej kamienicy, było widać tę ‚swojskość’ i różnice jak na talerzu. Chłopiec noszący drewno i drugi obok, za okienkiem (mój własny), który woła ‚zrób mi kanapkę’. Tacy sami… Chwilę później obydwoje szaleją na plaży. Zaprzyjaźniają się na śmierć i życie bo w tym momencie, kiedy obydwoje są beztroscy i skaczą z pomostu są w 100% równi.

Sprawdzam też trochę moje dzieci, czy nie są całkiem zepsute tym XXI – wiecznym dobrobytem. Ja się jednak wychowałam  nad jeziorem, na łące i podwórku starej, babcinej kamienicy, choć mieszkałam już niby w nowym blokowisku. Ale wciąż w duchu małomiasteczkowego klimatu.
Moje dzieciaki mają bardzo uporządkowane i zgoła inne życie. Choć wciąż wychodzą z kolegami na podwórku, jednak to nie bagna, stare domy i trzepaki, a idealnie wypielęgnowane podwórka, trampoliny i inne atrakcje. Ja na wakacje w pierwszej dekadzie życia w ogóle nie jeździłam… bo po co? Mieszkałam ‚na wakacjach’. Jezioro Orzysz, kanał (który obecnie dostał miano rzeki), Śniardwy. Całe dni na plaży, podwórku, rowerach wodnych. Ale wciąż w swojskim brudku i z pajdą chleba z cukrem. Maks i Lenka objeździli pół świata. Wiedzą co oznacza ilość gwiazdek w hotelu, jedli homary i małże. Umieją zrobić drobne zakupy mówiąc po angielsku. Znają masę atrakcji, byli w setce parków wodnych i rozwyrki, karmili żyrafy i robili setki niewyobrażalnych dla małej 10-letniej Marlenki, rzeczy.

Kiedy więc przyjeżdżają do Orzysza mam okazję obserwować czy świat całkiem nie stanął na głowie, a ja nie wychowuję małych bobków. I za każdym razem przybijam sobie wirtualną piątkę, kiedy widzę, że to wciąż zwyczajne dzieciaki. Zachwycone były luksusowym domkiem wujka… choć wybuchła nam rura w ścianie i nie miałyśmy nawet wody poza kibelkiem i zlewikiem :D Nawet lepiej! Nie trzeba było się myć. Kąpali się całe dni, po kilka godzin nie wychodząc z wody, bo poznawali tyle przyjaciół i mieli masę doskonałych pomysłów i zabaw. Kiedy widziałam Maksa skaczącego z pomostu tak jak ja 20 lat temu, to aż mi gulka w gardle stanęła. Łowili ryby i skrobali sami, żeby rano zjeść je na śniadanie. Jedli kiełbaski z ogniska i zielone jabłka z ciocinego drzewa i cali umorusani padali wieczorem na swoim materacu. I prawie w ogóle nie pytali o ipady czy tablety.

Ufff jest jeszcze nadzieja dla ludzkości…

 

Rzeka Orzysza [przy ujściu do jeziora Wierzbińskiego]


Śniardwy, Nowe Guty, wjazd od strony drogi Pisz – Orzysz

Jezioro Zielone, kamping, wjazd z drogi Orzysz – Giżycko na Ublik i w lewo małe oznaczenie pola kempingowego


Jezioro Orzysz – plaża miejska


Śniardwy jw

śniardwy, nowe guty, mazury śniardwy, nowe guty, mazury śniardwy, nowe guty, mazury śniardwy, nowe guty, mazury, mazury cud natury

Jeśli spodobał Ci się artykuł, podziel się z innymi ! Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone