DSC09699-3 DSC09702-3

Większość z was tego nie wie, ale Agę poznałam dużo wcześniej niż zaczęłam blogować. Maks miał wtedy około roku, a ja byłam wciąż świeżo upieczoną żona i matką. Starałam się odnajdywać w tej nowej roli najlepiej jak umiałam. Z ceniącego wolność obieżyświata wskoczyłam w wymagającą formę perfekcyjnej pani domu.

Generalnie wyglądało to tak, że mój świat w tym czasie kręcił się wokół mojego syna i choroby mamy. Nasz plan dnia przypominał ten poetycko zwizualizowany przez Radomską - brancze i lancze oraz biznesowe mitingi (patrz TU).
Pobudka – dres – plucie śniadaniem (patrz TU) – spacer dookoła osiedla – plucie zupką/obiadem – zmiana dresu z oplutego na czysty – oczekiwanie na tatę – coś co miało przypominać obiad – odwiedziny u mamy- odliczanie minut aż dzieć zaśnie.

W tym wszystkim chciałam, jak na młoda ambitną żonomatkę przystało sprostać należycie wszystkim zadaniami (względna czystość w chałupie, ogarnięte dziecko, bez gila po pas coś na kształt obiadu itp).
I co najważniejsze… choć trochę, choć ociupinkę i ile się da… zadbać o siebie. Żeby w nanoprocencie przypominać tego osobnika, któremu mąż ślubował.

Wtedy poznałam Agę. Podczas tego ‚dbania o siebie’ właśnie, jako, że Aga zajmowała się robieniem paznokci, a ja jak przystało na matkę, na manicure miałam godzinę.. w miesiącu. Naturalnie metody odpadały z założenia, więc zdecydowałam się pomóc naturze.
Aga okazała się być przemiłą osóbką, umilającą mi tą samotną, bezdzietną chwilę dla siebie. Robiła dobrą kawkę, zabawiała rozmową, albo pozwalała bezczynnie gapić się w serial (to chyba była “Brzydula”?). I gdzieś, kiedyś, jakoś między którąś z wizyt a coraz to śmialszymi rozmowami, zrodziła się nasza znajomość, koleżeństwo a po kilku latach, przyjaźń.

Najlepsze (i najgorsze) w Adze było to, że ona tak bardzo przeżywała mój wygląd. Warto wspomnieć, że tak jak Agnieszka teraz wygląda do-sko-na-le, tak wcześniej wyglądała jak miliard dolarów. Zawsze pięknie ubrana, pachnąca, idealnie ‘zrobiona’. Makijaż obecny, acz subtelny, paznokcie bez żadnego odprysku i włosy po pas. Do tego szpile.. ZAWSZE 15-centymetrowe szczudła. Czy mówiłam już, że Aga ma 180 cm.. Więc człapiąc obok niej w trampkach, z moim 172 cm, wyglądałam Koszałek Opałek przy Avatarze. Ale jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Przebywałam wtedy w innym stanie świadomości pt. “nie jestem obiektem seksualnym, a matką”, więc zazdrość była mi obca.

Problem polegał na tym, że to właśnie Aga nie godziła się na mój wygląd.
– Musimy coś z Tobą zrobić. Wiecznie włosy w kucyku i dres*.. ogarnij się! – słyszałam to niezliczoną ilość razy. Za nic nie kumałam o co jej chodzi. Przecież dres był czysty, a włosy umyte! Nawet jakieś zalążki makijażu posiadałam i manicure zrobiony przez nią. Czułam się Boginią Seksu! Najbardziej odpicowaną matką w Klubie Mamuś!

Aga jednak nic nie kumała i zawsze widząc mnie, kiwała tylko głową, wzdychając. Ale nie w sposób prześmiewczy, tylko z uczuciem i sympatią. Często robiła mi piękne fryzury, doklejała rzęsy, lub wymyślała fikuśne wzory na paznokciach. Podrzucała swoje (za duże) ubrania, farbowała włosy. W sumie, dopiero pisząc to, powoli uświadamiam sobie, jak wiele moja uroda.. mój wygląd zależał/należał od niej/do niej. Podświadomie czułam, że nie muszę się o nic martwić bo to ona jest niejako odpowiedzialna za to jak się prezentuję. Ja mogłam się skupić na rodzinie i dziecku, dwóch ciążach, nowym dziecku, 4x zmienionym mieszkaniu i … codzienności.

Więc kiedy tydzień temu weszłam do niej i zobaczyłam JĄ w bokserkach męża, rozciągniętym podkoszulku i bez makijażu, dostałam ataku śmiechu. Zaraziłam oczywiście Agę i przez około godzinę nie mogłyśmy rozmawiać bo zaśmiewałyśmy się do łez…
– Ja tego nie rozumiałam Lena, serio! Nie kumałam dlaczego ty nie robisz paznokci co 3 dni i nie nosisz rozpuszczonych włosów i nie malujesz się skrupulatnie każdego dnia… Teraz już wszystko wiem! – kiedy to mówiła, Brzuszkowy przeżuwał kosmyk jej średnio umytych włosów.
Tej nocy jej maluchy wymiotowały, były marudne, podziębione. Aga spała pewnie ze 3h. Non stop któreś wisiało jej na rękach. Wiedziała, że nie wyjdzie z domu, więc szałowe szykowanie się mijało się z celem. Do tego było po prostu niewykonalne!
– Spoko, spójrz na mnie.. ja mam legginsy w Myszkę Mickey.. pasujemy do siebie!- powiedziałam.

Tak. W końcu do siebie pasujemy!

I choć na co dzień obydwie jesteśmy zadbane i prezentujemy się dość dobrze, dajemy sobie przyzwolenie wyglądania jak shit. Bo jesteśmy matkami.. więc nam wolno ;)

DSC09734-2
* dres- słowo opisujące każdy wygodny strój matczyny.. od legginsów i tunik przez miękkie spodnie, bluzy po rozciągnięte swetry i podkoszulki męża ;)