Często pytacie jak udaje mi się płynąć przez życie na fali optymizmu i radości. Mam na to  kilka ukrytych patentów. Dwa główne to wizualizacja najbliższego fajnego wydarzenia –  rodzinnego wyjazdu, jakiejś imprezy, zakupu itp. Na przykład szara jesień upływa mi na wizualizowaniu Dominikany na którą lecimy w grudniu. Po drugie, ogrywanie codzienności w najfajniejszy możliwie sposób. Tylko od nas zależy, czy po pracy/szkole zalegniemy na kanapie czy, nałożymy kalosze i pójdziemy na grzyby… albo poskakać w kałużach.

Sprawa podobnie wygląda w kuchni. Możemy – ale to naprawdę każdy z nas ma takie prawo – orzec, że na nic nie mamy czasu i przez to wpylamy kanapki i fast – foody. Uwierzcie mi na słowo. Nikt nie ma czasu! To naukowo dowiedzione ;). Czego by człowiek nie robił i ile by nie posiadał to doba trwa 24 godziny, a w XXI wieku zajęć każdy człowiek ma tyle, co 100 lat temu cała wioska. Więc możemy przybić sobie piątki i odgórnie ustalić, że nikt nie ma czasu. Tyle, że każdy ten brak dodatkowych minut inaczej ogrywa. I kiedy to zrozumiemy, nastawimy budzik 15 minut wcześniej, żeby ugotować pyszną owsiankę lub jaglankę dla całej rodziny. Taką z cynamonem i imbirem, rozgrzewającą i dającą masę energii na pół dnia. Każde dziecko na talerzu dołoży własne ulubione dodatki. W dzień między zajęciami, z pomocą dzieci wrzucimy do naczynia blendującego kilka składników i wyczarujemy zdrowe ciasto (patrz  TU, TU, TU), które można spakować do dziecięcych lunch boxów. A wieczorem, kiedy w domu zapada cisza, przygotujemy aromatyczne curry (TU), które rano (w trakcie mieszania owsianki) podgrzejemy i przełożymy do termosów na wynos.

To tylko przykład, ale pamiętajmy, że nawyki żywieniowe, ale także obcowanie z procesem obróbki jedzenia i kultura przygotowywania domowych, zdrowych posiłków, a potem ich spożywania, zostaje na zawsze. A czasami na pokolenia (jak wiemy, niektóre narody znane są z przygotowywania i celebrowania posiłków, a inne nie).

Jednym z niesamowitych okoliczności w których możemy pokazać naszym dzieciom jak fajne i przyjemne może być gotowanie są kulinarne warsztaty. Kilka dni temu mieliśmy przyjemność uczestniczyć w Warsztatach, które są częścią programu społecznego, Tefal „Szkoła na widelcu. Organizatorzy docierają z programem edukacji żywieniowo-kulinarnej do szkół i przedszkoli, ale także do rodziców. Ich cel to próba zachęcenia społeczeństwa do wspólnego gotowania z dziećmi m.in. poprzez warsztaty i wykłady

Wiecie z moich wpisów i krucjaty, którą prowadzę od lat, jak bardzo poważnie traktuję to co jemy w domu, a także w szkole ( jeśli nie, to możecie odczytać TU, TU, TU). Dlatego idea jest mi bardzo bliska. Fundacja Szkoła na widelcu od lat robi dużo w tym temacie, obecnie prowadzą również ogólnopolski projekt Dobrze jemy ze Szkołą na widelcuskierowany do klas I-III, do którego mogą zgłaszać się szkoły. Prowadzą też akcje bezpośrednie skierowane do dzieci i dorosłych, m.in. do personelu gotującego w przedszkolnych i szkolnych kuchniach. Można nauczyć się totalnie innego, niesztampowego podejścia do gotowania i serwowania jedzenia. Kanapka, słodkie płatki i makaron to nie rozwiązanie na niejadków. Podawanie dzieciom buł, cukru i mleka na każdy posiłek „aby zjadły” niesie za sobą dramatyczne konsekwencje. Natomiast nauka u podstaw, pozwalanie na przyrządzanie posiłków, próbowanie nowości podanych w ciekawej formie – i co najważniejsze – nie poddawanie się, to szansa na sukces. Na teraz i na lata…


Nie były to moje  pierwsze, rewelacyjne warsztaty z Grzesiem Łapanowskim, więc byłam przekonana, że dzieciakom przypadną do gustu, ale… było lepiej niż mogłam przypuszczać! Leniusza od razu wczuła się w klimat szefowania w kuchni, więc choć stanowisko robocze miała z Grześkiem, to nie dała mu do niczego dotknąć. Sama mieszała sos (próbując go nie mniej niż 1000 x … były obawy, że nic nie zostanie do sałatki), kroiła warzywa, układała na talerzu i dekorowała dania. Było widać ewidentną chemię na linii Grzesiek- Lena, która zakończyła się buziakami i przytulasami na pożegnanie. Połączyła ich miłość do gotowania i…jedzenia. Gdyby nie fakt, że różni ich kilka lat, żona Grzegorza mogłaby się martwić.
Maks, wiadomo, to wprawiony kucharz, który niczego nie spróbuje ;), więc on dostał za zadanie, gotowanie „obierkowych” marchewek oraz smażenie ryby.

 Wielkim hitem był także – przypadkowy incydent – w postaci filetującego rybę Pana Taty. To był generalnie pierwszy raz kiedy mój mąż odkroił rybie głowę i oprawił ją. Nigdy nie potrafiłam go do tego zachęcić ani zmusić, a tu autorytet Grzegorza sprawił, że nie było wyboru. I… poszło mu naprawdę świetnie! Liczę na to, że teraz to on będzie mistrzem rybnym w naszym domu. Jeszcze może by ktoś go łowić nauczył?


Najlepszym podsumowaniem warsztatów są słowa Leny. Na pytanie Grzesia „czy lubi soczewicę?” odpowiedziała, że „nie”. Zaś po wejściu do domu orzekła: „mamo! ja się zadziwiam, bo ja powiedziałam, że nie lubię tych małych czarnych kulek, a ja je uwielbiam!” Zjadła czarne kulki z pieczoną dynią, farfoclami z gotowanej marchewki, pieczonym kalafiorem, rybą, frytkami z marchewek, ziemniaków i batatów, a na deser ogarnęła szklaneczkę deseru chia z mlekiem roślinnym, bananami i musem truskawkowym. Bez cukru, tony soli, mleka, buł i tego wszystkiego co niby przedszkolaki lubią najbardziej. I nie była jedyna! Cały stolik pałaszował… to co sam przygotował. Dokładnie to co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej.

Projekt „Szkoła na widelcu” realizowany jest we współpracy z marką Tefal, więcej informacji na stronie fundacji szkolanawidelcu.pl

Jeśli spodobał Ci się artykuł, podziel się z innymi ! Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone