szczotka

Zdjęcie powyżej wygląda jak z telezakupów. „Nabądź magiczną szczotkę i zmienisz się ze sfilcowanego pudla w Roszpunkę”..
NIE-UWIERZYŁA-BYM!
Tyle, że to moje dziecko, a włosy czesałam i zdjęcia robiłam, ja.

DSC03284

Tangle Teezer
Tangle Teezer prześladował mnie od lat kilku. Ileż razy został mi polecany, nie zliczę. Wszyscy ze zdziwieniem komentowali „ale Lena.. Ty taka gadżeciara, a TT nie masz?”. Nie miałam. Bo się uparłam. Firmy pisały kilkakrotnie, że dadzą, że to cudowny gadżet, ale się zaparłam. Bo na Boga! Wygląda to to jak szczotka do czesania psa, plastik i guma. Cena także nie jakaś niesamowicie wysoka, a przecież tak cudowny gadżet powinien kosztować. No chyba, że to jednak psia szczotka.. Wtedy to jednak za drogo. Węszyłam spisek.
Aż któregoś pięknego dnia usiadłam na krześle, wstąpiłam na allegro i zamówiłam. Trzy różne Tangle – model podstawowy, kwiatek (dla Lenki) i niebieską wodoodporną (dla Maksa i na basen).

No i przyszło, no.. No i są genialne.. jednak.

Czeszą się nimi wszyscy, a potem stoją w lustrze i podziwiają efekt.
Używam ich i ja, a włosów mam tyle, że ze 4 głowy można by z tego skomponować… i działa. Z pukla posklejanych kłaków, pseudo – loków i wszelakiego siana, otrzymujemy puszysty acz uporządkowany, gruby skręt (wszyscy mamy lekkie afro). Włosy nie elektryzują się, nie ‚stają dęba’ a w magiczny sposób, dosłownie 10 sek. zamieniają się w modelową fryzurę. No magia! Za 30-kilka zł mamy magię we własnym domu.
Warto? Chyba nie muszę odpowiadać.