kids superhero

Co roku, w różnych okolicznościach czasowo – przyrodowych, zalewa nas fala tragicznych wypadków z udziałem dzieci. Od tych drastycznie ugotowanych w autach, przez zadławienia, uduszenia, poparzenia, wypadki drogowe związane z ignorowaniem przepisów bezpieczeństwa czy zimowe spacery nagich dzieci na śniegu.

To żadna nowość, że dzieci ulegają przeróżnym obrażeniom. Ich wyobraźnia jest nieskończona, doświadczenie ubogie, zaś odwaga wielka. Często więc napotykają przeróżne przeszkody, które wbrew zdrowemu rozsądkowi, próbują pokonać. Na przykład kto by się tam przejmował taką grawitacją, kiedy przez balkon wypadła piłeczka. Lub dokładna analiza temperatury kawy.. czy na pewno poparzy tak jak mówiła mama? I co to w ogóle jest “poparzenie”?
Te nieskończone próby w doświadczaniu z jednej strony są naturalne, bo wyobraźmy sobie niemowlę, które szacuje, czy może lepiej byłoby nie wstawać i nie uczyć się chodzić. Bo przecież takie poruszanie się na dwóch, dość pokracznych kończynach niesie tyle niebezpieczeństw. Jednak dziecko intuicyjnie podejmuje ryzyko. Tyle, ze jak w tym wypadku jest to jak najbardziej pożądany element rozwoju, tak już wspinaczka po meblach, mniej.

Statystyki są alarmujące: ponad połowa wypadków zdarza się w domu! Co roku w naszych domostwach dochodzi do około 3 milionów takich wydarzeń!

I mimo, że większość mam ma tą świadomość, to nie wpływa ona w żaden sposób, na organizację ich życia i otoczenia.

Uderzyło mnie to po raz kolejny właśnie teraz, kiedy budujemy nasz dom. Jako, że kupiliśmy stan surowy (czyli już wybudowany z cegieł, obiekt), musieliśmy dokonać wielu, pracochłonnych i kosztownych zmian, aby nasz dom stał się po prostu, bezpieczniejszy dla naszych dzieci. Po pierwsze wymieniliśmy pseudo balkony z kratką (idealne do postawienia krzesełka i “odlotu”). Wymieniliśmy okna (choć oczywiście wystarczyłoby wymienić same klamki, ale to był większy projekt) na takie z kluczykiem w klamkach. Zrezygnowaliśmy z antresoli. Dobudowaliśmy ścianki tam gdzie była opcja potencjalnego skoku z wysokości.
Ogród organizujemy tak, żeby nie było w nim roślin trujących czy kłujących.
Wydawałoby się, że robimy to co każdy rodzic powinien zrobić.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy większość naszych znajomych uznało nasze działania za… rozrzutność. “Macie, to wydajecie.. byście nie mieli to by wam takie pomysły nie przychodziły do głowy”. No i tu muszę wszystkich zmartwić. Myślałabym tak samo, gdybym miała ograniczone środki. Oczywiście skala byłaby mniejsza, ale fakt pozostawałby faktem.

Obowiązkiem rodzica JEST dbanie o bezpieczeństwo dziecka. Przewidywanie zagrożeń i zapobieganie im. I ta (ciągła, ustawiczna) praca nie zaczyna się wcale od przebudowywania domu, a od odsuwania szklanki z wrzątkiem, czy zabezpieczania gniazdka. Od chowania ciężkich elementów, które dziecko może na siebie wywrócić, zabezpieczania schodów, czy mebli. Usunięcia niebezpiecznych „stopni” (krzeseł, doniczek.. wszystkiego na co dziecko może sięwspiąć) z balkonu.
Od wyprzedania wyobraźni dziecka.
Że o przewożeniu maluchów tylko i wyłącznie w fotelikach czy bezwzględnym zakazie pozostawiania dzieci samych w samochodzie, nie wspomnę.
To pewna kultura, wręcz. Kultura opiekuńczości i troskliwości. Wcale nie łącząca się z nadopiekuńczością, bo na ile mnie znacie, na tyle wiecie, że jestem od niej daleka.

Leżałam w Lenką dwukrotnie w szpitalu na dziale “oparzeniowym”. 90% rodziców/dziadków postawiła kawę/herbatę na brzegu stołu tylko raz. I tak, to może brzmieć jak wypadek, jednak kiedy zaczęłam rozmawiać z obecnymi tam rodzicami, moje złudzenia prysnęły jak bańka mydlana. “Mówiłam mu tyle razy, że to gorące! Ale gówniarz nikogo nie słucha!” – wyartykułowała mama roczniaka. “Bo wie pani.. ja mu mówiłam. Ale te dzieci to takie uparte. Z resztą miesiąc wcześniej palec rozciął. Przyniosłam takie metalowy stołek z piwnicy. Ciężki, niech jego licho, ale dobrze się na nim ziemniaki skrobie. No i mówiłam mu, żeby nie właził na ten stołek. Ale on raz, drugi się wspiął, aż się krzesło przewróciło. No i na ten palec, co na pół pękł. To czort mały. Tak samo teraz z tym wrzątkiem. Pociągnął i na brodę, klatkę piersiową wylał.” – mówiła inna o 1,5-roczniaku.
Słuchałam tych opowieści z przerażeniem. W 90% historii, złe były dzieci! To była wina ich i ich “czortowatego” zachowania. Bo jak powszechnie wiadomo, taki roczniak dokładnie przeanalizował sytuację z wrzątkiem i celowo, mając świadomość bólu i konsekwencji, ściągnął na siebie kubek.
Aż człowiek miał ochotę zawołać “Halo, ziemia! Czy wiesz, że twoje dziecko ma rok?! Że to twoim obowiązkiem jest przewidywanie i zapobieganie takim wypadkom”.

I nie, nie jestem świętą. Moje dzieci miały mniejsze wypadki 3-krotnie. Maks rozbujał się na sprężynowym koniku i uderzył brodą, przebijając ją zębem na wylot – tu jestem raczej bez winy. Jednak o dwa następne się obarczam- Lenka spadła z naszych domowych schodów, bo bramka była niedomknięta (szczęśliwie,  poszła pingwinim ślizgiem, więc nie miała nawet siniaka) no i Maks po raz drugi, kiedy to powiesił się na koszu na brudną bieliznę, przymocowanym do regału i runął razem z nim na ziemię (tu także szczęśliwie skończyło się na siniaku).
Ale za każdym razem analizowałam swoją (/naszą.. bo bramka to PT, a huśtawka to, dziadek) winę i wyciągałam wnioski. Bo to była MOJA wina.. MÓJ obowiązek.

Nie mam na celu wzbudzenia wyrzutów sumienia u rodziców, u których już jest “po ptokach”. Co się stało to się nie odstanie. Jednak warto nawet brutalnie potrząsnąć lekkoduchami. Bo skądś jednak te dzieci same, zamknięte w samochodach, maluchy na torach, w studniach i innych niedorzecznych sytuacjach, się biorą. I często wcale nie z patologii jak byśmy chcieli myśleć. Kiedy obserwuję życie moich „zwyczajnych” koleżanek, wiem, że nie jest to tak, że nie kochają swoich dzieci lub nie dbają o nie. Często mają po prostu za małe maluchy, żeby już coś im się stało, więc widzą swoje dzieci jako stadko superbohaterów, odpornych na lekkomyślność rodziców. I wiecie co jest najgorsze? Że jak coś się już stanie temu dziecko to wcale nie mamy ochoty powiedzieć „a nie mówiłem”. Bo kiedy w grę wchodzi cierpienie dziecka, nie ma miejsca na wymądrzanie się. Choć często jest ochota walnąć rodzica kapciem w łeb.

Latem usłyszałam od sąsiadki historię o maluszku który wypadł przez tralki w schodach. Ot takich zwykłych, domowych, drewnianych. A jako, że był malutki zgon nastąpił na miejscu. Przyszłam cała roztrzęsiona do domu i mówię mężowi: “kochanie, pamiętasz jak wymieniliśmy tralki na schodach i dorobiliśmy barierkę.” Bo była, ale słupki co kilkadziesiąt centymetrów, dziecko by się prześliznęło. I w dolnej części bez barierki. A! I otwarte schody, zabiliśmy dechami, żeby maluch się nie prześliznął. Nie mieliśmy już kompletnie na to finansów, ale najtaniej w Leroy dokupiliśmy sztachetki. Innymi słowy z ładnych schodów zrobiliśmy nieurodziwą twierdzo – kupę. “Pamiętasz, jak nam mówili, że ‘po co to?’ i niepotrzebne! Że ‚psujemy’ takie piękne schody, a nic się na pewno nie stanie, bo dzieci to nie samobójcy. Pamiętasz?
Pomyśl teraz ile tamta mama oddałaby za to, żeby je mieć. Nawet w najbrzydszej wersji.”