Tea Party Children with Food

Niby taki zwykły wtorek… a we mnie akurat dziś przelała się czara goryczy.
Bo jak długo można zaciskać zęby i przymykać oczy. Jak długo można pozwalać, żeby ślepy los, czy ‘społeczeństwo’ podejmowało za nas decyzje w tak ważnym aspekcie jakim jest zdrowie naszych dzieci.

Zacznijmy jednak od początku.

Czy wiecie, że dziecko zanim osiągnie magiczne 7 lat zjada średnio, bagatela, 84 kilogramy cukru?! W tym wieku jest już często od niego uzależnione!

Kilka faktów:

1. Spożycie cukru wpływa na nagły skok glukozy, a po chwili jej spadek. Takie wahania przyczyniają się do nadpobudliwości (/hiperaktywności), zaburzeń koncentracji i nawet agresji;

2. Cukier niszczy szkliwo zębów, jest pożywką dla bakterii, szczególnie tych powodujących próchnicę;

3. Uszkadza błonę śluzową jelit, przez co zaburza układ odpornościowy dziecka;

4. Zwiększa ryzyko zagrzybienia organizmu, pojawienia się pasożytów, zaburza trawienie (problemy z wypróżnianiem), podrażnia żołądek;

5. To właśnie cukier (a nie jak wcześniej myślano, tłuszcze) jest głównie odpowiedzialny za nadwagę i otyłość wczesnodziecięcą (ta zaś prowadzi do cukrzycy typu 2 i chorób układu sercowo-naczyniowego)

[Zapraszam do zapoznania się z artykułami (>klik< i >klik<)]

W teorii nie są to żadne nowości. Każdy rodzic, dziadek, nauczyciel czy inny uczestnik życia społecznego zna te proste prawdy. Jak jednak wpływa to na ich zachowanie w stosunku do naszych dzieci? Nijak.

Rodzice mogą być zgodni i nawet zakomunikować otoczeniu wprost: “nie dajemy naszym dzieciom słodyczy” lub “w naszym domu panuje ograniczone dawkowanie cukrów prostych”. Jednak w większości przypadków kończy się na tym co rodzic sobie pogada.
Potem zaczynają się odwiedziny babć, cioć, hojnie osłodzone porcją ‘dobrodziejstw’ o wysokim indeksie glikemicznym. I jeśli nawet uda nam się przebrnąć (rozwód z rodzicami i teściami, uprzedzanie znajomych, aby nie przynosili słodyczy, czasami dosłownie wydzieranie dziecku z rąk toreb z czekoladkami, cukierkami i innymi przekąskami) przez pierwsze trzy lata, to potem nasze możliwości wpływania na dietę kurczą się z każdą minutą, a my czujemy bezsilność i bezradność.

Jak wygląda tydzień statystycznego przedszkolaka?

Śniadanie jest naszym starterem, motorem napędzającym do stawienia czoła wszelakim trudnościom dnia. Powinno być solidne i krzepiące.
Niestety moje dzieci odmawiają zjedzenia czegokolwiek w domu. Wiedzą, że w przedszkolu czekają na nich słodkie płatki, drożdżowe bułeczki i kakao.
Podwieczorek wygląda nie lepiej – drożdżówki, pączki, ciasta (szczęśliwie robione na miejscu… choć w aspekcie nadmiernego spożycia cukru, marna to pociecha). Makaron/ryż z cukrem pudrem. Lub kisiel i budyń. Innymi słowy cukier z mąką i… cukrem.

Moje dzieci, które w domu nie uświadczą takich dobrodziejstw, uwielbiają kuchnię p-kolną.
Czy wiecie, co mój 6-letni syn jest w stanie oświadczyć i wykonać? Otóż często ogłasza, że on od podwieczorka (godz 15) “jakoś wytrzyma” do rana. Bo w domu nic mu nie smakuje. No tak, w domu niestety nikt nie faszeruje go cukrem.

I znowu – wściekłość, bezradność, bezsilność…

A to dopiero początek. Wszystkie imprezy,  bale i inne spotkania są suto okraszone glukozą, fruktozą i sacharozą. Czasami patrząc na to co spożywają dzieci zaczynam się dziwić, że nie świecą.

Dalej…

Wiecie co dostają dzieci w “nagrodę” (dokładnie to za co nagrodę?) na zajęciach dodatkowych (a chadzamy na różne)? Lizaki. Czasami cukierki.
W lokalu ustawiona jest maszyna na 2-złotówki wypluwająca batoniki, rogaliki, wafelki, ciasteczka i gazowane napoje. Wystarczy dodać, że zajęcia przeznaczone są dla dzieci w wieku od 3 lat, aby zwizualizować cotygodniowe sceny rozpaczy pod dystrybutorem.

W tygodniu maluchy odwiedza pewnie z raz jakaś “słodka ciocia” a w weekend odwiedzą dziadków. A dziadkowie wiedzą dobrze, że “cukier krzepi” i “nie wolno dzieciom odmówić cukiereczka, ciastecza, batoniczka”.

Takim oto sposobem, mimo, że rodzic się stara, staje na uszach, jagły i humusy przyrządza godzinami, nie śpi po nocach, jego starania są sabotowane. Przez społeczeństwo. Przez niewiedzę, wyparcie lub zwyczajne olewanie tematu.

I być może ten rodzic sam chciałby wziąć kiedyś dziecko na lody. Może ma ochotę usmażyć mu (zdrowsze acz wciąż słodkie) racuszki i czy naleśniki. Może spędziłby sobotni poranek na pieczeniu a potem wspólnym zjadaniu, ciasta. Ale nie może… Społeczeństwo już się zatroszczyło o porządną dawkę cukru w diecie jego dziecka. Ty rodzicu musisz być złym policjantem, co wiecznie zabrania i zakazuje.

I ja się pytam – jakim prawem? Jakim prawem ktoś psuje co ja usilnie buduję? Jak to możliwe jakaś osoba uzurpuje sobie prawo do decydowania o zdrowiu mojego dziecka? Dlaczego ludzie nie interesują się zagrożeniami wynikającymi z nadmiernego spożycia cukrów przez dzieci. Wszystkie dzieci, nie tylko te moje!

Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale jedno mam do powiedzenia: to moje dzieci!

To ja nie śpię nocami martwiąc się o ich zdrowie. To ja chodzę z nimi do dentysty i trzymam za rękę i ocieram łzy kiedy się boją. Ja uczęszczam na bilanse i wizyty lekarskie. Ja obcuję z ich nadpobudliwością i humorami.
I to ja musiałabym zmierzyć się z potencjalnymi chorobami moich dzieci wywołanymi nadmiernym spożyciem cukru.

Więc jeśli twoja rola, uczestniku społeczeństwa, ma się ograniczać tylko to pasienia, faszerowania mojego dziecka cukrem, to daruj sobie, proszę. Bo nie ty poniesiesz konsekwencje tych wyborów.