1  3  5 6 7  9 10  12 13 14 15 16 17 18 19  21
Lenka:
Płaszczyk/legginsy- Zara
Buty- TK MAxx

Maks:
Wszystko- Zara

Buty MM- Emu

Zdjęcia – Sony A77II

22
Byliśmy w ZOO. W Warszawie. Po raz pierwszy.
Skuszeni pogodą, słońcem i 20-kilkoma stopniami.
Cóż.. Matka natura spłatała nam psikusa i zamiast błogiego ciepełka był rześki chłodek.
‚Stylizacja’ dzieciaków nazywa się więc ‚co tylko wzięliśmy ze sobą’, jako, że sprytna MM przygotowała ubrania jak na Hawaje, a nie polską jesień ;)

No i Lenka… Lenka miała katarek…

W hotelu, przed zaśnięciem przeglądałam facebookowy wall.
Od razu natknęłam się na artykuł podlinkowany u Doroty Zawadzkiej „Przedszkole nie jest przechowalnią przeziębionych i chorych dzieci”. Temat – rzeka. Moja opinia jak zwykle różniąca się od większości. I tak zaczęłam się zastanawiać, poważnie i głęboko. Dlaczego moje krajanki nie chcą dać szansy… choć spróbować spojrzeć na sprawę inaczej. Przecież większość już raczej wie, jak bardzo różnią się nasze metody wychowawcze od tych na przykład skandynawskich czy amerykańskich. Dlaczego by nie spróbować przestawić swojego umysłu? Jeśli u nich to działa, jest taka opcja, że zadziała i u nas! Jeśli mamy świadomość, że to może pozytywnie wpłynąć na przyszły rozwój układu odpornościowego naszych dzieci dlaczego nie dać szansy tej teorii?!

Schemat polski wygląda mniej więcej tak: czapka od września, niezależnie od pogody. Każde kichnięcie czy kaszlnięcie jest doskonałym powodem do wzięcia zwolnienia i spędzenia z dzieckiem co najmniej tygodnia w domu. Jak się dowiedziałam z komentarzy pod linkiem z tekstem, mamy pozostają z dziećmi w domu od momentu pierwszych objawów, do .. uwaga… ostatnich oznak choroby, jeśli trzeba, nawet 30 dni!
Takie rzeczy dzieją się tylko w naszym kraju! A potem płacz, że o pracę ciężko…

A proces jest bardzo złożony i zaczyna się od pierwszy dni, momentu w którym dziecko trafia do naszego domu.
Niby tyle mówi się o hartowaniu, tyle postów na forach, tylke elaboratów blogerek, programów w TV… jak grochem o ścianę. A problem ‚katarku w przedszkolu’ zaczyna się znacznie wcześniej, gdzieś tam głęboko w naszej świadomości nakarmionej naukami naszych babć. Czapeczka być musi. Obowiązkowo z uszkami. Trzy warstwy ubranka. Jak zimno to siedzieć w domu. Wychodzenie na deszcz równa się z posądzeniem o rzucanie uroków. Chore dziecko ma siedzieć w domu. Najlepiej od września po kwiecień…
A potem płacz i ogromne zdziwienie, że „tylko jeden dzień się w przedszkolu pokazał i już chory. To wina tych złych matek co puszczają do przedszkola dzieci z gilem”.
Otóż jest duża szansa, że to jednak nie ich wina.
Pomijam tu sytuacje patologiczne i dzieci naprawdę mocno chore, z temperaturą, wymiotami czy podobnymi. Mówię o maluchach z katarkami czy kaszlem będącym pozostałością po chorobie, lub wynikającym, po prostu z nadmiaru wydzieliny w nosie. Bo to nie jest choroba. „Osoba dorasta zakażona wirusem grypy może zakażać innych przez 3-5 dni od chwili pojawienia się objawów chorobowych”. Nie 30!

„Patrzę sobie na biegające cały dzień po dworze dzieciaki w zaprzyjaźnionym czeskim leśnym przedszkolu. Jest pięć stopni, więc wszyscy mają czapki, kurtki, rękawiczki i kozaki, ale to wcale nie przeszkadza im w jedzeniu obiadu na świeżym powietrzu. Od rana ganiają po lesie, budują szałasy, strugają kije i obserwują ptaki, a w końcu zmęczone padają w śpiworach pod prowizorycznym dachem.

W zależności od przedszkola, dzieciom gwarantuje się różne zaplecze na wypadek wyjątkowej niepogody – czasem jest to stara leśniczówka, czasem ogrzewany namiot albo przyczepa. Założenie jest takie, aby minimum 80 proc. czasu maluchy spędzały na świeżym powietrzu. Badania przeprowadzone przez czeskie Ministerstwo Edukacji wskazuje, że w niektórych ośrodkach wskaźnik ten jest bliższy 95 proc.

Ogarnia mnie lekki dreszcz zimna. Rozumiem latem, ale zimą?
– Czy z tego nie ma ciągłych chorób, przeziębień? – pytam jedną z odważnych mam.
Okazuje się, że przeciwnie. Wirusy uwielbiają zamknięte pomieszczenia, ciepełko i oblizywane na okrągło zabawki. Tutaj, na dworze, zarazki są zwykle bezradne, a odporność dzieci z każdy chłodnym miesiącem wzrasta.” [dzieci.pl]

A w naszym kraju? Zakaz.. zakaz od rodziców, żeby dziecko nie wychodziło na dwór. Kiedy? Polskie dziecko jest zawsze przed chorobą, po chorobie lub w trakcie choroby. Sprowadza się to do tego, że wystarczy 4-5 takich rodziców i grupa kisi się cały sezon jesienno- wiosenny w salce. Tam spada odporność maluchów, co sprawia, że zarażają się często i czymkolwiek. Doprowadza to do sytuacji w której ZAWSZE któreś dziecko jest chore. Mimo, że objawy mogą być jeszcze niewidoczne! Czy to ma oznaczać, że na wszelki wypadek nasze maluchy nie powinny chodzić do placówki w ogóle? Bo albo potencjalnie same zarażają, albo już mogą zostać zarażone przez inne dziecko…?

Kilka komentarzy (pod linkiem pani Doroty) rodziców mieszkających za granicami naszego kraju:

„Mieszkam w UK tu nie ma to znaczenia ze dziecko jest przeziębione jeśli nie jest hospitalizowane ma przyjść do szkoły a jeśli młodsze do przedszkola” – Anna N.

„To dla odmiany cos z islandzkiego podwórka: nie ma gorączki to moze byc w przedszkolu. Dzis bylam z moja 2 letnia corka u pediatry. diagnoza poczatek zapalenia pluc. Antybiotyk. Zapytalam czy ma byc w domu. Lekarz odpowiedzial, ze jak nie ma goraczki to moze isc do przedszkola. Tu nikogo nie dziwia dzieci w przedszkolu z gilami po pas i kaszlace. Tyle w tym temacie.” – Agnieszka N.C.

„Mieszkam w Norwegii i tutaj dzieci od narodzin się hartuje, nie opatula w kurtki puchowe przy +10, przedszkole od początku wystawia zdrowie dzieci na uruchamianie autoodpornosci, pierwszy rok jest trudny ale potem juz dziecko zdrowe jak byk. Antybiotyki podaje się w ostatecznej ostateczności lub wcale. W Polsce spacerki tylko przy ładnej pogodzie w parach za rączkę… A potem dziwota, że dziecko zero-odporne. Jak, skoro organizm nie umie sie sam bronić bo od zawsze polegał na lekarstwach?” – Aneta K.

„Aneta K. to tak samo jak w Szwecji… córka ma 3,5 roku a 3 razy w życiu miała antybiotyk i to jak byliśmy w Polsce…” – Dorota S.M.

„Mój syn ma 4 a od 2 roku życia ma niezłą szkołę przetrwania w przedszkolu norweskim. Owszem, dzieci chodzą kaszlące i zasmarkane, ale organizm umie sam WALCZYĆ bo nie zmizerowany jest antybiotykami. Ktoś, kto nigdy na oczy nie widział jak bawią się dzieci w przedszkolu na dworze padłby trupem….Zlewa codzień a te po 3h w błocie i kałużach. Nie jeden już się opił takiego błotka i jakoś nie umarł. W Polsce musi być zero chmurki i najlepiej +25 zeby dziecku sweterka nie założyć. Masakra.” – Aneta K.

„mieszkamy w Irlandii,jak moja córka zaczęła chodzić do przedszkola to nauczycielka powtarzała katar to nic,pochoruje i się uodporni,pierwsze pół roku łapała wszystko teraz prawie nic,trochę zdrowego rozsądku potrzeba,ale jak dziecko ma siłę szaleć w domu to idzie do szkoły jak się źle czuje zostaje w domu”- Małgorzata G.N.

I jeszcze na koniec ciekawy komentarz:
„A ja się zastanawiam, czy to tylko nasz krajowy problem z tymi ciągłymi chorobami maluchów, czy może naszym lekkim przewrażliwieniem, że katar to choroba, na którą przez tydzień trzeba bezwzględnie leżeć w łóżku. Mnie bardzo się podoba szwedzkie podejście – dzieciaki śpią na dworze nawet przy -20, do przedszkola nie chodzą tylko z chorobami zakaźnymi, biegunką i gorączką, na zapalenie oskrzeli raczej nie dają antybiotyków. I jakoś wszyscy żyją. A u nas w przedszkolu przy + 23 na dworze dzieci w kurtkach i czapkach. Ja jak rano przyprowadzam synka, to zabieram ze sobą jego kurtkę, żeby panie mu nie kazały jej w dzień na dwór ubrać, bo każą zakładać to co wisi w szatni niezależnie od temperatury. Jak na razie od 1 września 100% frekwencja (nie, chorego nie prowadzę), chyba jako jedyny. Ale u nas hartowanie i zimny chów od urodzenia.” Ewa Z.

Mogłabym tak wklejać bez końca… I zobaczmy, to są te same, polskie dzieci. Tyle, że wychowywane w innym kraju, z innym podejściem. I wiecie co?! Nie dość, że nic im się nie dzieje, kiedy chodzą z katarem na podwórko czy do placówki.. Nie dość, że nie umierają hurtowo na tych podwórkach, biegając z gilem po pas. One są zdrowsze niż te nasze wychuchane i wydmuchane chuchra. One po pierwszym czy drugiem roku mają odporność jak nasze, krajowe maluchy, nigdy.

No więc moje dzieci, niepopularnie chodziły do przedszkola z katarkiem. Nie z gorączką, nie osłabione i ewidentnie chore, nie. Z katarem tzw. ‚przedszkolnym’, który dzieci w 3-latkach mają generalnie przez cały rok. I wiecie co? Nigdy nie ‚wykluło’ się z tego coś niebezpiecznego. Nigdy nie miały zapaleń płuc, oskrzeli, uszu, oczu i innych części ciała, ze względu na fakt, że chodziły z gilem do placówki. Nigdy w tych sytuacjach nie brały antybiotyków. Tyle, że ja ich nie ubierałam na 4 cebule i nie przetrzymywałam w domu, nigdy dłużej niż 1-2 dni. A i to zdarzyło się słownie ze 2 razy. Więcej, ten dzień ‚w domu’ spędzamy zawsze… na podwórku :). Jeśli tylko nie ma podwyższonej temperatury, chorujemy na dworze (tu <— możecie zobaczyć pierwszy, wagarowy- chorobowo dzień Lenki).

Moja pewność wzięła się z obserwacji. Pisałam już wielokrotnie, że opiekowałam się maluchami w Las Vegas, które to w 0C chodziły do szkoły w krótkim rękawku, a dziewczynki w sukieneczkach i bez rajstop. Z gilem – często. Chore? Nigdy. Bez antybiotyków, bez afer chorobowych, zwolnień i innych dramatów, które nałogowo dzieją się w naszym kraju.

A nauka idzie w las…