Potrzebowałam chwili przerwy, aby wypoczęta z werwą i świeżością powrócić. Problem polega na tym, że od 10 dni mamy non stop gości z całego świata – Belgii, Las Vegas, Warszawy, Łodzi (ok, Ci nie dojechali ;)) i miejscowych. Tyle ludzi co przez te 10 dni, nie było u nas przez rok. I może fizycznie relaksu nie zaznałam, jednak moja głowa pracowała na innych obrotach. Co ugotować, gdzie kogo położyć do spania, kto dziś w pada do dzieci na noc, lub gdzie one nocują, z kim przegadam pół nocy, a z kim wypiję drinki. Totalne odcięcie się od pędu codzienności. Bez pracy zawodowej, prac domowych dzieci, męża znikającego co rano. W tym wszystkim dostrzegłam jedną zależność – masę otaczających mnie, kochających ludzi.

Lubię te swoje blogowe podsumowania roku, bo choć w pewnej części mówią mi gdzie byłam kilka lat temu. W 2016 roku (pierwszym roku mojej choroby), napisałam Wam przełomowy wpis “Pod prąd, ale zawsze w zgodzie ze sobą”: “Co dają nam podsumowania roku? Porządną samoanalizę. Z momentem zatrzymania, głębokiego oddechu i zadaniem sobie wielu pytań. Nie stricte technicznych – ile zarobiłam, gdzie pojechałam na wakacje i o ile centymetrów urosło moje dziecko. Tych sięgających głębiej. Na przykład: czego o sobie nauczyłam się w tym roku? Co dobrego zrobiłam dla siebie, bliskich i otoczenia? Jak wyglądały moje relacje z ludźmi? Czy jestem dumna z miejsca w którym się znalazłam? Czy to o co walczą inni dookoła naprawdę daje mi szczęście? Nie z perspektywy powierzchowności, instagrama i selfies, a tego co jest ukryte głęboko w nas.
[najlepiej przeczytajcie cały tekst, żeby zrozumieć ten dzisiejszy]

I powiem Wam, że totalnie widzę tę dwuletnią pracę i jestem z siebie baaardzo dumna! Zwolniłam, zainwestowałam w siebie.. bo to inwestycja dożywotnia. W 2018 spełniłam dwa marzenia, ze swojej życiowej listy marzeń – pierwszego Wam nie powiem, bo to tajemnica ;), zaś drugie to rodzinna wizyta w USA… w moim ukochanym Las Vegas i Los Angeles (wpisy i filmt – TU, TUTU, TU .. a filmik z Disneylandu wciąż ‘in progress’)! Poczuć to miejsca po 13 latach… bezcenne! Wszystko wydawało się tak inne z perspektywy osoby dorosłej, bardziej codzienne, zwyczajne. Pokazałam LV dzieciom i bardzo im się podobało. Wyobrażacie sobie mieć 6 i 9 lat i być już w LV! Szaleństwo!
Zadbałam o ogród i taras – to też wkład pracy, który widać w kolejnych latach (wiosną- TU, jesienią- TU). Odwiedziłam znowu kochaną Chorwację z rodzicami (TU, TU).

Mimo wszystko – choć może część z Was zaskoczę  – 2018 był jednym z najtrudniejszych lat mego życia. Wynika to główne z tego ile pracowałam ze sobą. Warsztaty psychologiczne, kursy, ustawienia. Grzebanie w drzewie genealogicznym. Praca w parze. Wiem, że piszę lakonicznie, ale to bardzo moja część, którą tylko w ułamku mam ochotę się dzielić z szerszą publiką. W każdym razie wykonałam gigantyczny kawał roboty, którą obecnie baardzo widać. Kiedy obudziłam się dziś nad ranem (zanim znowu przysnęłam.. do 9 ;)), myślałam o tym wpisie, jak tu Wam powiedzieć, żebyście zrozumiały, a żeby nie mówić o sobie i wymyśliłam taki przykład:

Kobieta.. inteligentna, lubiana, czasami uśmiechnięta. Żona tyrana, który na początku był inny i miał się zmienić. Jednak zmiana polegała na tym, że zaczął pic i bić. Kilka więc lat przeleciało w nadziei, że to chwilowe, w strachu, w niemocy. I potem praca ze sobą – dlaczego się na to w ogóle godzę?, wth is wrong with me? czemu nie mam siły odejść? Dwa lata pracy i odwaga, żeby porzucić oprawcę. I teraz w wynajętym pokoiku, z kromką chleba na stole i wizją pracy w miejscu podrzędnym, za to z największą dumą – wygraną dla samej siebie, na zawsze, na lata.

Mam nadzieję, że nikt tu nie myśli, że pisałam o moim małżonku ;). Bunny nieodmiennie jest mężem idealnym. Chodzi o proces pewnych zmian. Moje nie były tak dramatyczne, ale były ważne. Dla mnie. I ten proces powoli się kończy. Trwał ponad 2 lata. Trochę się mi chorowało w tym czasie ;), to pewnie już zdążyłyście zauważyć.

Dlatego 2019 ogłaszam rokiem zdrowia, zmian, pomysłów, kreatywności. Mam masę projektów w głowie, które dość szybko dam Wam poznać. Kicham tęczą, dosłownie. Jak ten muł, co zdjął z siebie tonowy bagaż i okazało się że jest rumakiem.. albo ogierem (cytując osła ze Shreka;).

Wracając do wdzięczności. Chciałam, naprawdę miałam taką myśl, żeby wpisać tu wszystkie osoby odpowiedzialne za moją zmianę, ale pisałabym ten wpis do jutra i jeszcze kogoś pominęła.. i potem przeżywała równie długo ;). Więc wysyłam zbiorowe podziękowania i tonę miłości. Za to, że byliście przy mnie na różnych poziomach – zdrowia fizycznego, psychicznego, emocjonalnego, edukacyjnego… Matko, tyle ludzi! Uśmiech i pokłon w stronę każdego z Was. Mega wdzięczność dla mojego mądrego ciała, że pokazało mi tyle… aż w końcu zdecydowało się to zakończyć. Dziękuję <3. Wdzięczność dla moich dzieci, że uczą się razem ze mną. Daję im rzeczy bezcenne tym co robię – umiejętność pracy ze sobą, ze swoimi emocjami. Piąteczka, Wróblewska! Wdzięczność dla poprzednich pokoleń – że dali radę! My z nich, ja z nich. A łatwo nie było. Przeogromna wdzięczność dla męża – za to że postanowił otworzyć swoje ‘szufladki’. You know B.

Czuję się jakbym wróciła z wojny. Przeorana, acz szczęśliwa.

I’m back bitches! :P W totalnie nowej jakości ;)