Od siedmiu lat jestem pytana „jak to zrobiłaś, że odniosłaś taki sukces?”. Warto byłoby ustalić co jest miarą tego sukcesu, ale zakładam, że chodzi o moją pozycję w blogosferze i przyjemne zarobki. Przez wiele lat odpowiadałam na to pytanie uśmiechem, zagadując, że to przypadek, dobry moment, pomoc męża. Obecnie powiem Ci wprost – to nic innego jak praca, praca i jeszcze raz praca. 

Bloguję od niespełna 7-miu lat. Nie mogłabym sobie wyobrazić pracy, która uczy więcej. Przed ekranem zasiadłam jako młoda dziewczyna. Może i po studiach i nawet podyplomówce i z przyzwoitym CV (studiowałam zaocznie, cały czas pracowałam, spędziłam rok w USA, podjęłam drugi kierunek studiów), ale wciąż jako ‘szczawik’ na rynku pracy. Z dwójką małych dzieci na kolanie i połową inteligencji (bo jak dobrze wiemy, przy małych dzieciach, ona po prostu – szczęśliwie okresowo – zanika).

I tak oto w siedem lat ogarnęłam 10 zawodów i przyswoiłam wiedzę uczelnianą za 10- ciu ludzi, przy założeniu, ze uczyliby się ustawicznie od narodzin do śmierci. Myślicie, że wyolbrzymiam? Absolutnie! Studia to przedłużająca się teoria. Pięć lat w murach szkoły można ogarnąć w pół roku w działaniu. Może przemycam tu hiperbole, ale to jest bardzo ważna wiedza dla ludzi młodych, lub naszych dzieci. Jeśli nie planujesz zostać lekarzem lub kosmonautą – od pierwszego roku studiów jak najwięcej działaj! Organizacje szkolne, kursy, szkolenia, praktyki lub po porostu praca na pół lub cały etat – to bezcenne!

Ale wracając do blogowania. Wy widzicie tylko front, efekt i wieczko. Za tym stoją tony pracy i przygotowań. Ten wpis połowicznie powstał w drodze Waw – Poznań (pisałam Wam już o niej TU), a potem pisałam go jeszcze 2 tygodnie, myśl za myślą. Każdy tekst to jakiś zbiór przemyśleń, wiedzy, przygotowań. Czy to przegląd nowości – super pracochłonne przeglądanie katalogów modowych, sieciówek, stron wnętrzarskich, sklepów itp. Następnie praca graficzna (której do tej pory nie ogarnęłam), aby powycinać rzeczy bez tła i nałożyć na białą kartkę z numerkami. Następnie podpisać i dodać hiperłącza. A Wy widzicie obrazeczki z linkami. Wydawałoby się – minuta, pięć! Wpis ze zdjęciami = aranżacja – dokupienie odpowiednich elementów do domu, outfitów, przygotowanie fryzury (jeśli zaglądacie do Superstyler, to po niej widać, że nawet czesanie włosów to praca, bo jak robi ze 3 wpisy w danym dniu, to non stop się przebiera i przeczesuje. Marta jest włosową petardą!). Elementy pracy w sektorze beauty, obowiązkowe!

Ale tuż za rogiem zamieniamy się w … fotografów! Cały czas szkoląc warsztat, żeby efekt był niegorszy niż u większości znanych Wam fotografów. Potem pisanie. Jak wyżej wspomniałam magiczna wena pojawia się (lub też nie ;)) w najmniej oczekiwanych momentach i trzeba robić z niej użytek gdziekolwiek jesteśmy – więc spisujemy myśli w telefonie, nagrywamy zdania lub hasła. Mogę śmiało napisać, że większość blogerów pisze lepiej niż dziennikarze portali i większości tabloidów. Po pierwsze dlatego, że mamy wolność i tylko w teksty sponsorowane nam klienci ingerują. Po drugie my naprawdę lubimy swoją pracę. Jesteśmy dobrze wynagradzani, więc jest w tym element przyjemności. Po trzecie – praktykujemy latami. Piszemy, piszemy, piszemy. Ciężko nie wyrobić sobie określonego stylu.

Kolejny etap to obróbka zdjęć, więc znowu praca fotografa, później płynnie przechodzimy do zawodu programisty budując wpis, dobieramy frazy czy optymalizujemy seo. Publikujemy i … stajemy się marketingowcami/pr-owcami. Wyprodukowany ‘produkt’ sprzedajemy w social mediach publikując go na FB, opisując zdjęcia na IG oraz mówiąc o nim na stories.
A to tylko wpis! Przecież większość z nas co najmniej kilka razy w roku występuje na scenie, robi warsztaty, pokazy, pisze książki, e-booki, robi kursy i …. teraz rozumiecie wstęp mojego wpisu. Blogerzy to ludzie – orkiestry, co w obecnych czasach daje bajeczną wypadową to wszystkiego co sobie wymyślimy na przyszłość.

Pewnie nie uwierzycie, ale to u góry to był – przydługi, acz konieczny – wstęp. Bo ja dziś, wbrew pozorom chciałam o tym sukcesie, a nie blogowaniu. Co jest potrzebne, jeśli nie jesteś blogerem? I jak to w ogóle zrobić, żeby nie poddać się fali pesymizmu i nie skończyć w niechcianej pracy za marne grosze lub, wyrwać się z takiego miejsca?

Praca, praca praca

W ostatnich latach, kiedy to zaczęłam pracować z zatrudnionymi przez siebie ludźmi, zaczęłam dostrzegać swoje mocne strony. Jestem naprawdę po bandzie pracowita. Niezwykle zmotywowana i zdyscyplinowana. Jak coś trzeba klientowi oddać na ósmą rano dnia następnego, a jest 24, nastawiam budzik na 5-tą. Jak mam deadline, to ustawiam dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt trzy przypomnienia. Wyznaczam sobie cele projektowe, jakościowe, ilościowe i czasowe. I serio myślałam, że wszyscy ludzie tak mają, jako, ze mój mąż, a także przyjaciółki są tacy sami – uporządkowani, pracowici, zdyscyplinowani.
Kiedy zaczynasz pracować z innymi, to się okazuje, że ludzie bardzo mocno rozwinęli w sobie poczucie wyluzowania i wszystko jest dla nich względne. Tak bardzo, że kiedy jest się perfekcjonistycznym typem, to aż nie można w to uwierzyć. Science Fiction. I kiedy ci ludzie mówią potem o jakiś brakach to muszę dużo oddychać i powstrzymywać się z przyklejonym fake smilem, aby nic nie powiedzieć… bo jestem miła, miła, miła. Tak przynajmniej sobie w duchu powtarzam.

Większość ludzi, która odniosła sukces, zrobiła to po prostu ciężką pracą. W 90% ta ciężka praca była taką, której nie widać, więc otoczenie z miejsca uznało ich za darmozjadów i złodziei. Z resztą to drugie mamy wciąż kulturowo i w genach wyniesione po przodkach. Ma pieniądze = złodziej i oszust. Wczoraj gdzieś wpadłam na taki tekst: Jak Niemiec zobaczy, że sąsiad ma czegoś trzy, a on zero, zrobi wszystko, żeby tez mieć trzy. Zaś Polak zrobi wszystko… żeby sąsiad też miał zero. Energia w gwizdek. A gdyby tak jednak skupić się na własnych projektach, lub energię narzekania przekierować w działanie i pracę? To mogłaby być piękna zmiana…

Odwaga

Czasami trzeba zaryzykować – skoczyć na głęboką wodę i obić sobie tyłek kiedy się okaże, że to jednak była kałuża. Lub podtopić się, zapominając, że nie umiemy pływać. Sukces to pasmo mniejszych porażek. Był taki mem – co widzą ludzie? – widzą sukces, ludzika stojącego na szczycie, a jego droga na ten szczyt mogła być długa i okupiona wielorazowym staczaniem się w dół, lawinami, graniami po których wspinał się z hakami, głodem, zimnem i.. rozumiecie. W czasie tych 6 lat podejmowałam masę decyzji, w tym masę błędnych. Gdybym cofnęła czas podjęłabym często zupełni inne. Ale w danej chwili wydawały mi się najlepsze. Inwestowałam, nie inwestowałam, brałam za niektóre działania ogromne pieniądze, a część odrzucałam. Robię to cały czas. E-book był w pełni moją decyzją i inwestycją. Tyle się przy nim napracowałam, wiem tylko ja. I zdradzę Wam, że blogerzy zarabiają na tyle lukratywnie, że produkty rzadko mogą być gdziekolwiek blisko tych zarobków. Ale to była zmiana w algorytmie, której bardzo potrzebowałam. Ile ja się przez te 3 miesiące nauczyłam to 200 kursów kołczowo – biznesowych by mnie tyle nie nauczyło. Gotowania, fotografii, działań marketingowych, programistycznych i graficznych, a także redaktorskich! Bezcenne na tyle, że chcę więcej! 

 

Wizualizacja/wyznaczanie celów

Osoby bardziej we flow ‘wdzięczności, rozwoju, duchowości’ postawią pewnie na wizualizację. Wyobraź sobie do czego dążysz, zrób nawet mapę czy tablicę przyozdobioną wycinkami i dąż do celu. Muszę Wam przyznać, że jakoś mi się ta część nie rozwinęła w takie dream wizu ;), więc po prostu pragmatycznie wyznaczam sobie cele. Ostatnie 2 lata – podróże, w tym cel główny – wizyta w USA (byliśmy nawet 2x!). Cel na obecny rok – spłata kredytów. Wakacje w wersji budżetowej, ścisły plan, żeby za rok cieszyć się faktem, że nic nad nami nie wisi.
E-booki – planuję wydać w tym roku minimum jeszcze jeden (ale może dwa). Rozwój warsztatu foto – kursy i praca z obróbką z tutorialami/filmikami na yt. I tak dalej.. Odhaczanie tych celów to mentalne mini orgazmy. Nic tak nie buduje siły charakteru jak świadomość, że wykonałeś wyznaczone na dany rok cele.

 

Otaczanie się mądrymi wspierającymi ludźmi

Podpunkt absolutnie bezcenny. Ale zacznę od innej strony. Przez 7 lat blogowania to ja byłam wsparciem dla setek ludzi. Wszyscy przychodzili po wiedzę, fejm, moją energię. Większość ludzi nie dawała nic z siebie. Za długo na to pozwalałam. Jestem człowiekiem jak każdy inny i również chętnie wezmę coś od kogoś, żeby się naładować. Nie mam ochoty być niczyją ścianą płaczu, jeśli po drugiej stronie nie ma takich samych opcji dla mnie. Nie chcę być odbiorcą tylko marudzenia i narzekania jeśli nie ma tam też świeżych pomysłów i motywacji. Mam wielką ochotę dawać, ale stanowczo chcę też brać.

Otaczający nas ludzie to bardzo ważny element sukcesu. Mamy określony zasób energetyczny i jeśli wiecznie będziemy go zużywać na ludzi, którzy wezmą od nas choćby wszystko, ale nie dadzą nic w zamian, będziemy mieli przekichane.
Widzę w sumie tylko jeden plus tej sytuacji – możemy śmiało powiedzieć, że wszystko osiągnęliśmy w 100% sami. Choć mimo wszystko to trochę smutne wyznanie.

Wspaniali ludzie dadzą nam energię kiedy nasza osłabnie, podrzucą pomysł, dzięki któremu się rozwiniemy. Zmotywują, pociągną, wysłuchają. Dzięki nim rozkwitniemy i każdego dnia będziemy stawać się najlepszą wersją siebie.

 

Miara

Czym dla ciebie jest sukces? Wiesz, że to jest dosłownie naukowo udowodnione, że potrzeb człowieka nigdy się nie kończą. Mam takie dni, że uważam, że nie mam nic. Policzkuję się wtedy w myślach i włączam jakiś dokument o świecie – o sytuacji w Wenezueli, Indiach czy innych krajach Azjatyckich. A potem przepraszam Boga i wszechświat i doceniam absolutnie wszystko co mam.

Warto też pamiętać co ten ‘sukces’ potencjalnie nam zabierze. Na pewno czas, emocje, spokój ducha, czasami zdrowie. Więc warto na samym początku ustalić priorytety swojego życia lub cel do którego się dąży.

Pamiętam jak usłyszałam pewną anegdotę, którą przypominam sobie za każdym razem kiedy wyznaczam sobie następne cele. Brzmiała ona mniej więcej tak:
Bogacz przyjechał nad jezioro. Rozstawił swojego RV, wyjął wędkę, za tysiące złotych i poszedł moczyć kija. Spotkał tam biedaka, z domku obok, który robił mniej więcej to samo, choć wędka była zużyta i nic nie warta. Bogacz przemówił do biedaka:
– Biedak! Myśl perspektywicznie! Kup sieć, łów więcej ryb. Sprzedawaj na bazarze!
– Ale po co? – spytał biedak
– Będziesz miał więcej pieniędzy. Zainwestujesz w łódź, zatrudnisz pracowników!
– Ale po co?
– Znowu zarobisz więcej! Kupisz kuter rybacki, zatrudnisz masę ludzi. Będziesz miał prawdziwe pieniądze, jak ja!
– Ale po co? – nie ustępował biedak.
– Jak już będziesz naprawdę bogaty i spędzisz życie na dorabianiu się, to będziesz mógł na emeryturze, przyjechać sobie nad jezioro i cały dzień moczyć kija w jeziorze!
– Ale ja już to robię – odpowiedział biedak.

I absolutnie każdy, kto osiągnął jakiś ‘sukces’ dokładnie wie o czym jest ta opowiastka. Zaś Ci, którzy mają niewiele i tak uparcie chcą bujać się po Mazurach w RV na emeryturze. I na tym polega problem tego świata ;)