Co roku w okolicach stycznia- lutego dokonujemy wyboru miejsc wakacyjnych. W tym roku, po raz pierwszy nie wybraliśmy jeszcze niczego i będzie bardziej spontanicznie. Rozważamy lot do Północnej/Południowej Karoliny (wyjazd bardziej pode mnie) lub na Florydę (dzieciaki marzą o Disney Word). Jest też opcja, że latem pojedziemy po raz pierwszy z Panem Tatą do Chorwacji, zaś zima nawiedzimy Bali (wybór taty), Malediwy (marzenie Maksa) lub Tajlandię (Lenka i ja). Ten brak precyzji sprawia, że researchujemy codziennie coś innego i co 3 dni zmieniamy zdanie ;). Jednak zawsze staramy się do wyjazdów być dobrze przygotowani. Jak to robimy?

1. Kalkulacja kosztów – lot, auto, nocleg

To konik Pana Taty. Ja wybieram miejsca do odwiedzania, a mąż zajmuje się analizą kosztów, komfortu lotów, noclegów i wyborem aut. Podróżujemy raczej w wersji nie najtańszej, a najbardziej komfortowej (w określonym budżecie), acz umiemy znaleźć super promocje. Na czym polega haczyk? W przypadku lotów trzeba po prostu codziennie poświęcać czas na poszukiwania promocji cenowych. Czasami można znaleźć ofertę lotów bezpośrednich w cenie 3 przesiadek i noclegu na lotnisku. Dla nas to nie jest opcją, ze względu na fakt, że PT pracuje na etacie i ma ograniczony czas na urlop. Kiedy więc gdzieś lecimy nie mamy ochoty tracić 48 godzin na lot, aby zaoszczędzić 300zł. Noclegi ustawiamy w sposób mieszany – te luksusowe miksujemy z ekonomicznymi. Chyba, że wakacje są all in, to wtedy Pan tata widzi tylko ilość * i wychodzi z niego jego wewnętrzny snob.

Wakacje all inclusive kupujemy zawsze w opcji first minute i w 99% mamy lepsze ceny niż w last minute (jep!). Co więcej w opcji last minute najlepszych hoteli po prostu nigdy nie uświadczycie.
PT ma zawsze zrobiony wcześniej research firm wynajmujących auta i w 90% czeka na nas opłacony samochód (na miejscu zastaną Was te auta, których nikt nie wynajął wcześniej). Dodatkowo zawsze wykupuje polisę podróżną, o czym często dowiaduję się dopiero po powrocie, albo wcale ;). Także ja mam w domu osobistego mistrza wyszukiwania ofert wakacyjnych, a sama mogę skupić się na wyborze miejsc do zwiedzania.

2. Wzmożona nauka języka angielskiego

Dzieci uczą się angielskiego w szkole, przez cały rok. W klasach I-IV można powiedzieć, że to język angielski dla początkujących. U nas ta nauka jest wzmożona, jako, że dzieciaki angielski w szkole, mają codziennie (w tym Lenka raz w tyg. ma native speakera). Jednak zazwyczaj od wczesnej wiosny, bierzemy się do wzmożonej nauki języka, żeby dzieciaki na wakacjach nie miały problemu z poradzeniem sobie w rzeczywistości obcojęzycznej.

Maluchy łapią słówka angielskie w mig, ale nie ukrywajmy, nawał wiedzy sprawia, że po chwili wszystkiego zapominają i trzeba się uczyć od nowa. Dlatego język angielski szlifujemy od początku roku – dzieciaki  oglądają bajki po angielsku, używają aplikacji do nauki języka, a także cisnę ich do rozmawiania ze mną po angielsku. Co do appki – razem z tatą (który także umie polski- angielski, jako, że nie uczył się nigdy z native speakerem, ani nie mieszkał za granicą) korzystają z Babbel , gdzie dzięki kursom tematycznym, ale także właśnie dialogom z native speakerów, uczą się poprawnej wymowy oraz gramatyki angielskiej. Są to krótkie 15-minutowe lekcje, więc codziennie można znaleźć chwilę na naukę i zabawę.

Efekty? Wielokrotnie mówiłam i pisałam, jak działa szybki angielski. Młodzi na wakacjach od razu zaczynają mówić odważnie i całkiem sprawnie. Już w samolocie, zamawiają sobie jedzenie, dziękują i proszą po angielsku, dogadują się z kelnerami, dzieciakami obcojęzycznymi. Hitem wakacji był moment, kiedy Maks pobiegł na Dominikanie jako pierwszy do restauracji zając stolik na podwórku (było ich dosłownie 3). Kiedy weszliśmy do lokalu, pan kelner akurat przestawiał stoły na zewnątrz. Byliśmy pewni, że Maks o nic nie zapytał, albo kelner go olał. Podeszliśmy do stolików i zapytaliśmy Maksa co jest grane, a on odpowiedział, że wyjaśnił Panu, że potrzebujemy stolika dla 8 osób i miejsca na wózek. Kelner go zrozumiał, potraktował poważnie i właśnie zestawiał nam dwa stoliki. Padliśmy prawie na miejscu. Ewidentnie takie rozmówki angielskie czasem czynią cuda!

3. Powolne wybieranie garderoby wyjazdowej vs miejsce bagażowe

Co roku ten sam teoretycznie banalny dylemat. I co roku dostaję setki pytań co wziąć na wyjazd wakacyjny. Ile par butów, ile strojów i czapeczek z daszkiem. A ja zawsze odpowiadam – ile Wam wejdzie do walizki. Dzieciaki na wakacjach są w stanie ubrudzić na luzie 3 zestawy ubrań dziennie – rano na śniadaniu kapnie im czekoladka z pancakesów, na plaży kolejny outfit utaplają w wodzie i piachu, na lunchu spadnie im pizza na sukienkę a wieczorem wejdą na drzewo.. czaarne, brudzące. Albo co najgorsze- zjedzą lody. A lody z dzieckiem je cały strój.

Strojów, majteczek, zachęcam także brać kilka- po basenie i lunchu, będziecie chcieli iść nad morze/ocean i potrzebny będzie suchy strój. Do rana te dwa nie wyschną, bo będzie wilgotno i angażujecie trzeci… i tak dalej i tak dalej. W trzecim dniu jest lekkie załamanie nerwowe, że ubrania się skończyły ;). Do tego buty – jedne na basen, w niektórych okolicznościach, buty wodne. Buty na obiady/kolacje jeśli macie wykupione all in.
Nakrycia głowy, ręczniki typu poncho, stroje kryjące z filtrem jeśli jedziemy w tropiki. Trochę tego jest, więc mądrze jest skupować to systematycznie. Od ubiegłych wakacji, zapewne nic już na dzieci nie pasuje, więc budżet to stanowczo odczuje.

Wybierając więc lot (pkt 1.) nie decydujcie się raczej na sam bagaż podręczny jeśli macie dzieci. Chyba, że kupicie wszystko na miejscu i wykupicie tylko bagaż powrotny (wersja dla lecących do USA ;))

4. Zakup odpowiedniego sprzętu

Czy to tego do nagrywania, pływania czy zabawy. Warto zacząć o tym myśleć już i dostosować zakupy pod miejsce wyjazdowe. Jeśli szykujecie się na snorkowanie z rekinami- kupcie porządne maski (te wypożyczane są niskiej jakości) i sprzęt do nagrywania pod wodą. Jeśli chcecie łapać kadry – wybierzcie obiektywy lub przeanalizujcie oferty dronów (dowiedzcie się najpierw czy w danym kraju można ich używać). Wydatki tego typu są kosztowne, ale plusem jest fakt, że w przeciwieństwie do ubrań dziecięcych, które kupuje się co roku, sprzęt jest na wiele lat. My na każde wakacje zabieramy maski Decathlon – dzieciaki mogą pływać z nimi godzinami! Zawsze w użytku jest także Go Pro – szczególnie pod wodą. Kiedy dzieci były młodsze woziliśmy płetwy rekina (forma pływaka do nauki unoszenia się na wodzie), i zabawki wodne/plażowe. No ja zawsze posiadam ze sobą swój aparat. W tym roku planuję zakup nowych szkiełek, żeby jeszcze lepiej bawić się fotografią.

5. A tak serio…

To mogłabym jechać z jedną parą gaci i telefonem, aby już i tam gdzie jest ciepło. Taki syndrom końca lutego. Zimy w naszym kraju trwają stanowczo za długo ;)