Kilka dni temu na instastories opowiadałam Wam trochę o moim życiu jako 20/21-letniej au pair w USA. O przygodach z host – rodzinami, podróżowaniu i zwiedzaniu Stanów, o problemach i radościach wynikających z samodzielności i autonomicznie podejmowanych decyzji. Historia zakończyła się tym, że mimo moich planów na studia i życie w Stanach, zostałam siłą (perswazji) zmuszona do pozostania w Polsce (aby serca moich rodziców po prostu nie pękły). Więc mimo mej miłości do stanu NY/NJ i faktu, że dostałam się do Collegu, przyszło mi żyć z rodzicami w malutkim pokoiku, szukając sensu życia.

 

Od wielkiego doła do ogromnej miłości – historia 12 miesięcy

Ten odnalazł mnie już pół roku póżniej i miał na imię Wojciech. Tysiące przypadków wyjątkowo jednorazowych i niepowtarzalnych sprawiły, że – choć nie miałam tego w planach – zakochałam się bez reszty. To mój przyszły mąż ‘ściągnął mnie na ziemię’ i osadził w codziennym życiu.
Po kolejnych 6-ciu miesiącach poprosił mnie o rękę i po trzech następnych(czyli równo po roku odkąd wróciłam ze Stanów), zostałam żoną. Zaś kolejny rok później, po raz pierwszy, mamą. Wszyscy nadążają? Wiem, szybko się uwinęłam.

I tak rozpoczęła się historia największej miłości mego życia – Maksymiliana, chwilę później, Lenusi. I choć jako nastolatka nigdy nie marzyłam o pełnej rodzinie (w mglistych wizjach widziałam siebie jako bizneswoman na Manhattanie i samotną matkę córki ;)), to co dostałam od losu wypełniło moje serce czystą miłością.

Już kiedyś pisałam Wam, że “Mąż to nie rodzina” i swojego zdania nie zmieniłam. Rodzina to osoby, które nie mogą przestać nimi być. Najbliższe matce – to stanowczo dzieci. Wydając na świat potomstwo, poznaje się miłość absolutną. I choć, z biegiem czasu, ta miłość ewoluuje, od psychotycznego zakochania w niemowlaku, po szał miłości (i chęć wydrapania oczu wszystkim którzy źle spojrzą na naszego aniołka) kiedy dziecko jest kilkulatkiem, po tę mądrzejszą miłość w miarę dorastania potomstwa.

 

Te małe rzeczy które wypełniają nas szczęściem

Dzieci nie robią niczego poza rośnięciem. No dobra, ‘coś’ to one robią cały czas, ale przyznacie, że czas ucieka nam kiedy mrugniemy okiem. Moje dzieci mają rocznikowo 12 i 9 lat (choć są z końcówki roku, but still;)). I czasami potrafię czuć się zagubiona w budowaniu relacji z tak dużymi osobnikami. Kiedy maluchy są małe, jest łatwiej, bo biorą co dajmy. Ze starszakami trzeba się stanowczo więcej nagimnastykować. Jako, że mój nastoletni syn potrzebuje prywatności bardziej niż opisu miłości, powiem Wam jak staram się wykradać czas budujący więzi, na przykładzie Lenki.

Jako, że zawsze wybierałam zabawy w plenerze nad te domowe, na samym szczycie listy czasu spędzanego z Lenką są aktywności ruchowe – rolki, hulajnoga czy też rower. Spędziłam niezliczone ilości kilometrów goniąc rowerki biegowe. Stanowczo także ja jestem rodzicem chętnie szalejącym na sankach czy innych zimowych sprzętach. Jednak obecnie pogoda uniemożliwia większość z tych działań bo nie ma ani zimy ani (jeszcze) wiosny. Staramy się więc atrakcyjnie spędzać czas w domu.

Lenka lubi malować, kleić, konstruować i tworzyć. Problem polega na tym, że ja nie mam cierpliwości do artystycznego dłubania. Ale poświęcam się, żeby sprawić jej przyjemność ;). Na przykład wyklejając książeczki o modzie L.O.L Suprise. Trochę lepiej idzie mi zabawa lalkami Barbie choć jeśli oglądacie nasze stories, to wiecie, że zazwyczaj wychodzi mi z tego lekka drama obyczajowa. Ale Leniusza szczęśliwie kocha te moje wygłupy.

Najlepiej idzie nam spędzanie czasu w kuchni. Pieczemy – lub zjadamy – babeczki, ciasteczka i inne smakołyki. Zobaczcie te świetne babeczkowe serduszka do pieczenia! Można je z miłością komuś podarować. O ile nie wyjdzie zakalec, bo wtedy już nawet kształt nie pomoże.

Pomijając aktywności na świeżym powietrzu, kolejną kategorią z którą utożsamiają mnie dzieci, są stanowczo książki! To ja jestem namiętnym czytaczem nr. 1, choć czasami w ilości przeczytanych w tygodniu książek, prześciga mnie mój syn. Lenka powoli zaczyna nas doganiać, choć – mimo, że sama czyta już płynnie – lubi jak ktoś jej czyta.

Jedną z naszych ulubionych książeczek jest ‘Mama’ Helene Delforge. Jedna z najpiękniejszych pozycji tyczących się macierzyństwa. Często mam problem, żeby przeczytać wszystkie teksty nie łamiącym się głosem. Dlatego już nie mogę doczekać się aż przyjdzie do nas “Miłość”, tej samej autorki.


Ja uważam, że na miłość jest czas codziennie i można, a nawet trzeba okazywać ją częściej niż raz w roku. Jednak to właśnie dziś czeka na Was specjalny konkurs #kochamysmyki
Na instagramie dodajecie zdjęcie z Waszymi największymi miłościami, oznaczając je hasztagiem #kochamysmyki. Na 20 osób czeka nagroda – Miś Smiki :) Link do regulaminu ->TU. Powodzenia!!!