Dobrze wiecie, że uparcie od siedmiu lat omijam tematy polityczne. Nie mieszam się, nie walczę, nie wciągam w to was. Tak też pozostanie i teraz. To nie jest wpis polityczny ‘za’ lub ‘przeciw’. Jednak nie moglam się nie wypowiedzieć, jako matka, dwojga dzieci szkolny, i – nie tak dawno :D – uczeń.

Zacznę jednak od tego, że bez dwóch zdań jestem za tym, aby każdy miał możliwość zarabiać godziwie przy tak galopującej gospodarce Fakt, że człowiek na budowie i przy łopacie zarabia więcej niż nauczyciel, który nie ma możliwości rozwinięcia skrzydeł, jest smutny. Jednak poznałam w życiu tylu beznadziejnych nauczycieli, że ciężko mi sympatyzować z tym zawodem.
Moja mama miała zupełnie inaczej. Ona pamięta swoich belfrów tych lepszych i gorszy, ale także tych z miłości i powołania. Takich co cisnęli, ale załatwiali jej studia bo była wybitnie zdolna i pilna. Problem mego życia polega na tym, że nie byłam za grosz posobna do mamy, a to właśnie ulubiony typ nauczycieli – grzeczny, zakuwający po godzinach. Dla każdego innego jest niewiele miejsca w szkole.

Panią w klasach I-III miałam złotą. Pani Śliwińska, kłaniam się w pas. Potem było już tylko gorzej. Gdybym miała stać się sumą tego co mówili o mnie nauczyciele, to prorokowano mi karierę sprzątaczki, lub łopatę. Wiecznie, ale to wiecznie słyszałam, że jestem leniwa. Może i bystra, inteligentna, ale leniwa. Do szkoły chodziłam w stresie. Dziesięć lat życia mniej za podstawówkę i LO. I co z tego, że na maturze mam same 4 i 5, a na studiach stypendium naukowe. Całe życie od większości nauczycieli słyszałam same okropne rzeczy. Pasji było u nich tyle co brudu za paznokciem. Fizyczka przychodziła na bani, historyk w podstawówce rzucił kredą w oko ucznia, bo ten gadał. Matematyczka w podstawówce lubiła trzech – czterech zdolnych uczniów, a resztę, legalnie wyśmiewała. Ta w LO, zwana Lamą, nigdy nie zamieniła z żadnym uczniem słowa. Nigdy, na cztery lata!!! Jacyś jedyni w miarę normalni ludzi to poloniści, geografowie i pani w LO z historii.

Wszystko dlatego, że w szkole byłam.. Maksem! Dlatego – jeśli czyta to pan dyrektor (pozdrawiam :)), lub nauczyciele synka (również pozdrawiam), jestem gotowa wydrapać oczy, jeśli ktoś w moim dziecku widzi nie to co trzeba. Jak na przykład nauczycielka szkoły państwowej do której Maks chodził rok.
Wyjątkowa inteligencja miesza się u niego z niedojrzałością społeczną i wielką wrażliwością. Mieszanka wybuchowa! Totalne booooom! Jest najpilniejszym gapą jakiego znam. Codziennie zapisuje prace domowe, odrabia, żeby i tak czegoś zapomnieć. Współczuje kolegom, często rozmawia o złym zachowaniu jakiegoś chłopca, żeby później zrobić coś nie mniej durnego. Strasznie stresuje się szkołą. Chyba wyssał to z mlekiem matki, bo ja wciąż potrafię mieć szkolne koszmary. I jeśli takie dziecko nie ma armii wsparcia, to daj, boże żeby miało tak twardą psychikę jak ja. Mimo jeżdżenia po mnie nauczycieli przez tyle lat, jakoś nie wylądowałam w kaftanie.
Choć moje młode chyba jeszcze wrażliwsze niż ja. Szczęśliwie ja jestem mama lion! Jestem super miłym człowiekiem, ale tknij mojego dziecka, a poznasz 50 twarzy mej szarości!

Więc czy jestem za tym, żeby nauczycielom dawać po równo? Tym, którzy obrażają dzieciaki? Tym, którzy przychodzą do klasy, rozwalają się przy biurku i każą przepisywać książkę lub to co na tablicy, żeby i tak uczyć się w domu. Tym, którzy dają tony prac domowych? Tym, którzy w każdym geście dziecka widzą to co najgorsze, którzy zamiast wykazać działanie, stawiają jedynki, lub wzywają rodziców? No nie jestem, wybaczcie. Nie jestem za “czy się stoi czy się leży rządowa wypłatka się należy”. Tak jak ja spinam pośladki i daję z siebie wszystko w swojej pracy (przeczytaj TU), tak chciałabym, żeby nauczyciele robili to samo. I wtedy zostawali wynagradzani dodatkowo. Wiem, że to mrzonka. Z resztą ja ogólnie jestem za prywatyzacją szkół i opieki medycznej, stanowczo team USA.

Szczęśliwie moje dzieci trafiają póki co na wspaniałych nauczycieli. Od przedszkola – Maksikowa Pani Paulinka, następnie Lenusiowa Pani Marta, oraz po zmianie kochana Pani Monika. W klasach I-III, najlepsza, ale to najlepsza Pani Kinga. Serce pęka, że w tym roku odchodzi, ale wiem, że ma daleko i wszyscy życzymy jej jak najlepiej. To są nauczyciele, którzy powinni zarabiać tyle ile chcą. Ich zaangażowanie, opanowanie, radość z pracy, sprawia, że wręczałabym im medale i budowała pomniki (no dobra, popłynęłam). Ja tam wchodzę do szkoły na 10 minut na przerwie i wychodzę kiwać się zawinięta w kocyk od zgiełku i hałasu.
Dzieciaki mają także bardzo fajne i zaangażowane panie z angielskiego. Reszty nauczycieli za bardzo nie znam, bo Maks dopiero pół roku jest w 4 klasie, ale jestem bardzo cięta na tych niemiłych. Swoją drogą badania naukowe na temat braku efektywności uczenia się w stresie wyszły wiele lat temu, warto się z nimi zapoznać! Te związane z faktem, że dzieci skandynawskie, które w ogóle nie dostają prac domowych, a mają lepsze wyniki w nauce niż te w krajach, w których są ich tony, także wybrzmiały! A jeśli nawet praca domowa, to niechże będzie ciekawa, kreatywna. Niech realnie czegoś uczy.

Ja mam jakieś idealistyczne wizje szkoły w której nauka jest przyjemnością. Szczególnie jeśli dostaje się takie dzieci jak Maks – ciekawe świata do granic możliwości. Takiego właśnie chłopca zaprowadziłam w mury szkoły. Do I klasy przeczytał już tysiące książek. Interesował się przyrodą, zwierzętami i kosmosem. A ponad wszystko chemią! Poszedł w szkolne mury tryskając energią z zapałem do wiedzy. Po 5 miesiącach wymiotował przed wejściem do szkoły. Uznany za ‘niegrzecznego’ (wszystko umiał i ważył się ruszyć na 5 godzin pisania literki A) i najlepiej ‘do diagnozy’ (która wykazała jedynie III lata do przodu). Umarłam, dosłownie umarłam kiedy pani powiedziała mi “on nie dość, że nie chce nić robić na zajęciach, to robi takie złośliwe miny”.. Wiecie czym były te złośliwe miny? Tikiem nerwowym, którego nabawił się w pierwszych miesiącach szkoły (marszczył nos.. jak jakaś szynszyla ;)). Jak nic świetny z pani pedagog. Pewnie walczy o podwyżkę!