10961869_1015498135145134_370195733_n

Po kilkuletnich obietnicach, długotrwałym spychaniu tematu w odchłań spraw ‘do zrobienia’, w sobotę, zupełnie spontanicznie, wybraliśmy się rodziną na łyżwy. “Rodziną” to wielkie określenie dla faktu, że jedyną osobą względnie poruszającą się na łyżwach, byłam ja, a Pan Tata miał zamiar okupować ławeczkę dla kibiców.

Jak zwykle w takich sytuacjach znacznie pomógł mi fakt, niedostatecznego przeanalizowania faktów. Spontan, to moje drugie imię, więc o godzinie 10:30, dwadzieścia minut po tym jak powyższy pomysł zalęgł się w mojej głowie, jechaliśmy już na lodowisko.

Plan był prosty…
Ok, ściemniam, nie było planu.

Stwierdziłam, że jakoś sobie poradzę, sama z dwójką dzieci (w wieku 6 i 3 lat), które po raz pierwszy staną (daj Boże!) na łyżwach. W końcu a) to moje dzieci, b) to moje dzieci. Musiały odziedziczyć po mnie zamiłowanie do szybkich akcji okraszonych dawką adrenaliny.
Gdzieś tam, na końcu jaźni ćmiły mi słowa przyjaciółki, która poszła na łyżwy (oddzielnie, ofc.. głupich nie ma.. oh wait!) najpierw ze swoją starszą córką (lat 5), a potem z młodszą (lat 3,5). Ponoć obydwie miały dość po kilkunastu minutach, zaś młodsza nie umiała stać na łyżwach nawet bez lodu.

Stłumiłam tą myśl w zarodku.

Pierwszy szok nastąpił już po wejściu do budynku przed lodowiskiem. Eeee, łaaat? Miliard, dosłownie, pierdyliard ludzi. Serio? Ktoś oprócz mnie miał tak genialny pomysł, żeby w sobotę o 10:30 jeździć na łyżwach. Łudziłam się, że będziemy sami. Cóż lesson nr. uno:

1. Sprawdź podstawowe dane
Ja ograniczyłam się do zerknięcia na godziny wejścia na lód. Mistrzyni researchu!
Warto dowiedzieć się ile średnio czeka się na bilet, potem na łyżwy, następnie oszacować czas ubierania butów (coś około 16 godzin) i przyjść odpowiednio wcześnie.

2. Plan to (nie takie znowu) zło
Bo na przykład jeśli masz plan, to mógłbyś się wcześniej dowiedzieć, że “kto rano wstaje ten pingwinka/misia/foczkę dostaje”.
Całe moje nadzieje na udany wypad, opierały się na tym, że wypożyczę (obecne na większości lodowisk) ślizgaczo – pchacze dla maluchów i jakoś ich sama ogarnę. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy się okazało, że powyższe się już skończyły i można sobie czekać.. na cud.
Ten nastąpił, bo jak to mawiają (generalnie wszyscy znający mnie) ludzie – mam więcej szczęścia niż rozumu. Jeden chłopiec zrezygnował ze swojego pchacza i byliśmy po części uratowani. To “po części” polegało na tym, że dzieci jeździły na zmianę. To które musiało czekać, płakało i potem zmiana ;).

Jazda bez ‘misia’ polega mniej więcej na tym, że katujesz swój kręgosłup i co minutę zbierasz dziecko z lodu, lub ciągniesz je w szpagacie. Fun, fun, fun! Rehabilitacja tuż po, zalecana.
Pchacze dla dzieci młodszych i tych totalnie początkujących – obowiązkowe! Szczególnie, kiedy masz dwie pokraczki na lodzie i to na raz!
Po kilku kółkach i próbach szło młodziakom już lepiej. Maks umiał jechać samodzielnie, ze mną za rękę, zaś Lena, dla zdrowia mojego i mojego kręgosłupa z pchaczem.
Oh! Nie powiedziałam wam najważniejszego. Małe dziecko jest niewystarczająco silne, żeby pchać misia/pingwinka/foczkę, więc musisz ciągnąć zwierzę z uczepionym z tyłu dzieckiem.

Teraz się zrelaksujcie i zwizualizujcie ten obraz:
Zgięta w pół, spocona jak szczur, ciągnę ‘misia’ do którego uczepiona jest Lena. Drugą ręką podtrzymuję fikającego salta, Maksa. Co chwilę schylam się, wypinając 4 litery do innych uczestników tego spektaklu i podnoszę z lodu, Lenkę. Cały czas bohatersko chronię obydwoje własnym ciałem, aby nie zostali potrąceni lub rozjechani.
Naglę podnoszę wzrok i cóż widzę? Wyszczerzonego PT, który w stylu hamerykańskim radośnie do nas macha i nagrywa filmik. Wrrrrr…

Ale wiecie co. Między Bugiem a prawdą, to było… rewelacyjnie! Wiem, tylko matka może tak podsumować opis powyżej…

Ale serio… dałam radę! Dzieci były przezachwycone! Wcale im się nie nudziło. Ba, one w ogóle nie chciały schodzić z lodu. Po 30 minutach jazda szła im całkiem sprawnie. Próbowały swoich sił w samodzielnym poruszaniu się na łyżwach. Same wstawały z lodu! Nie narzekały, nie było im za ciepło, za zimno, za głośno, nudno czy cokolwiek innego. Czerpały radość z jazdy. Z ciągłym uśmiechem na buźkach i zaciętością w próbach.
Więc co tam mój kręgosłup. I tak nie był w świetnym stanie.

>klik<